Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szymon Szewczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szymon Szewczyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 października 2011

Sezon 11/12: Tydzień VI w 24 sekundy

24-30.10.2011

1. Śniadanie prasowe organizowane przez PZKosz odbyło się w miłej i przyjemnej atmosferze przy rzeczowej wymianie argumentów. Czy można uznać to spotkanie za sukces? To zależy kto czego oczekiwał. Jeśli właśnie tego - wymiany argumentów - to tak. Jeśli skutecznego przekonania PZKosz do swoich racji skutkującego mniejszymi lub większymi zmianami w działaniach związku, to chyba nie. Ale czy to w ogóle realne?

2. Nie mierzyłem stoperem, ale niemal połowa dyskusji została zdominowana przez temat akcjonariuszy PLK przeradzający się momentami w pojedynek red. Szeleszczuka z prezesem Bachańskim (fot. Paweł Pietranik, pzkosz.pl). O co chodzi? Ano o to, że część klubów występujących w lidze nie ma formalnego wpływu na jej funkcjonowanie ze względu na brak akcji spółki. Akcje ma natomiast Polpak Świecie, niegrający w PLK od 2008 roku. Nie będę przepisywał co mówiły obydwie strony, możecie zerknąć na blog Łukasza Ceglińskiego. Rozwijając kwestię klubu ze Świecia - PLK nie wypłaciła Polpakowi premii za 4. miejsce w sezonie 2007/2008, bo zwyczajowo nagrody rekompensowały się z wpisowym na następny sezon. Polpak zgłosił się do rozgrywek, ale po terminie wycofał. Liga uznała, że Polpakowi należy się kara. Polpak nie uznaje tych zobowiązań i nie chce w związku z tym pozbyć się akcji. Sprawa trafiła do sądu dopiero w zeszłym roku. Dlaczego nie wcześniej? Można tylko podejrzewać, że ówczesnych władz PLK nie bardzo to interesowało.


3. Kampania reklamowa Tauron Basket Ligi zawierająca m.in. paski zapowiedziowe w PS, spoty w radiu i koszmarne plakaty została skrytykowana głównie ze względu na te ostatnie. Władzom PLK i PZKosz chyba nie wypadało powiedzieć wprost, że się z tym zgadzają. Między słowami przyznały, iż nie było innego wyjścia, a w zasadzie zwaliły winę na Łukasza Łazarewicza odpowiedzialnego od niedawna za marketing. Dowiedzieliśmy się też, że druga odsłona kampanii ruszy przed fazą play-off. Niewykluczono, że wtedy na plakatach pojawią się zawodnicy, co moim zdaniem jest bezsensowne, bo część tych "do wykorzystania" w play-off nie zagra albo odpadnie po kilku meczach ćwierćfinału.

4. Ze strony przedstawiciela firmy Bonivest pojawił się zarzut (chyba tak można to nazwać) w stosunku do dziennikarzy, że oni też nie promują polskich koszykarzy, nie starają się wykreować gwiazd. Mogę skwitować to stwierdzeniem: chyba nie czyta gazet.

5. Krótko w dyskusji przewinęła się Szkoła Mistrzostwa Sportowego we Władysławowie. Prezes Bachański w zasadzie nie wyraził jednoznacznej opinii, czy powinna istnieć. Dowiedzieliśmy się za to, że trudne byłoby ponowne zreformowanie systemu i powrót do czterech ośrodków. Tu i ówdzie słyszałem, że rozmowa o SMS-ie przy jajecznicy wywołała burzę domysłów osób związanych ze szkołą obawiających się o swoją przyszłość. Do sprawy SMS-u obiecano powrócić na następnym spotkaniu, na którym pojawi się prawdopodobnie również odpowiedzialny za pion szkoleniowy w PZKosz Zdzisław Kassyk.

6. Prezes Bachański powiedział, że Ales Pipan pozostanie trenerem polskiej kadry na 90%. Miesiąc temu mówił, że do końca października powinni podpisać umowę. Chyba nie zdążą.

7. W lipcu między piłkarskim Euro a eliminacjami do mistrzostw Europy i igrzyskami w Londynie odbędzie się turniej w Polsce. Gdzie? Albo nie wiadomo albo to wielka tajemnica. Kto zagra? Tutaj związek wstrzymuje się do grudniowego losowania eliminacji. Z tego co mówili sekretarz Widomski i prezes Bachański chcemy gościć jedną silną markową drużyną i pozostałe "do ogrania".

8. W sobotę w Łodzi nie udało się pobić rekordu frekwencji na meczu ligowym. Na trybunach było 9128 widzów, co i tak jest niezłym wynikiem. Drugim w historii. W Łodzi oczywiście zapowiadają kolejną próbę, ale mam wątpliwości czy uda się przyciągnąć do hali więcej osób niż teraz. Po pierwsze ŁKS wynikami nie zachęca i gra po prostu słabo. Po drugie trudno będzie znaleźć atrakcyjnego przeciwnika. Myślę, że na przeciętnego kibica sportu w Łodzi Siarka, Czarni czy Polpharma nie zadziałają pobudzająco. Największą szansę upatrywałbym w styczniowym spotkaniu z wicemistrzem Turowem Zgorzelec lub późniejszym z warszawską Politechniką.

9. Atlas Arena (fot. Andrzej Romański, plk.pl) potwierdziła to, co wiedzieliśmy o niej wcześniej. Nie jest dobrą halą do organizowania meczów koszykówki. Olbrzymie odległości od trybun do boiska i kiepska akustyka niszczą starania kibiców, którzy starają się stworzyć dobrą atmosferę.


10. Trener Śląska Miodrag Rajković przyznał, że przygotowywał zawodników pod kątem dużej publiczności, pokazywał im nagłówki w gazetach. Wypytywał też zawodników, przed jaką widownią grali w swojej karierze. Paul Graham odpowiedział: 47 tysięcy.

11. Największy entuzjazm na trybunach wywołała przyśpiewka "Kto nie skacze ten z Żydzewa" podczas której skakała prawie cała publiczność i... część trybuny VIP-owskiej.

12. Robert Skibniewski już zasługuje w polskiej lidze na miano profesora. A może to tylko ten mecz? W każdym razie na tle niezbyt doświadczonych Amerykanów, młodzieży i łódzkich pierwszoligowców prezentował się o dwie klasy lepiej.


13. Paul Graham, Amerykanin ze Śląska, według doniesień Szczepana Radzkiego (Gazeta Wyborcza) w najbliższych dniach ma stracić pracę. Nie dziwię się. Statystycznie nie wyglądał źle (12 punktów, 5 asyst), ale w szczególności zapamiętałem dwie kolejne kontry, w których najpierw wkozłował sobie w kolano, a potem zrobił faul w ataku. Śmiem twierdzić, że Bartosz Diduszko, grający tylko w II-ligowych rezerwach, nie byłby od niego dużo gorszy. Jeśli nie lepszy.

14. Bartosz Bochno w ciągu miesiąca z pierwszej piątki wypadł poza rotację. Z kolei Piotr Niedźwiedzki spoza rotacji wskoczył do pierwszej piątki i zaliczył koszmarny występ. W ciągu 10 minut trudno było dopatrzyć się pozytywnego zagrania w jego wykonaniu poza jedną zasłoną i zbiórką. "Pusty przebieg" miał Jarosław Zyskowski junior obserwowany z loży VIP-owskiej przez Jarosława Zyskowskiego seniora.

15. Paweł Buczak, czyli jedyny Polak z PLK, którego nie widziałem w akcji przed tym sezonem. Na żywo wygląda na 206 cm i 80 kg i trudno go przyporządkować do jakiejkolwiek pozycji. Najlepiej chyba pasowałby na wysoką trójkę, taka wersja light Michała Ignerskiego. W Śląsku grywał nawet na piątce, ale najczęściej na czwórce, co w tym Śląsku i tej lidze ma największy sens. We Wrocławiu na SF mają potencjalnie czterech graczy (Vairogs, Bogavac, Calhoun, nawet Zyskowski), a poza tym trudno wyobrazić sobie Buczaka kryjącego niskich skrzydłowych rozmiarów Mateusza Ponitki, Jermaine'a Malletta, Michaela Hicksa.

16. Jeśli miałbym obstawiać, gdzie możemy spodziewać się zmian w składzie, to wybrałbym Tarnobrzeg. Posłuchajcie trenera Dariusza Szczubiała na konferencji prasowej po meczu z Turowem (od 11:30).



17. Porównanie frekwencji podczas meczów w Łodzi i Warszawie najlepiej widać na tych zdjęciach. Najpierw "młyn" ŁKS-u, potem "młyn" Zastalu Zielona Góra na Torwarze.



18. W trakcie akcji "Pocałuj mnie" w przerwie na telebimie pokazali m.in. siedzących obok siebie brata Marka Popiołka i dziewczynę Łukasza Wilczka. Oby nie było z tego powodu konfliktu w drużynie...

19. Jeden z pracowników PZKosz na swoim Twitterze (nie podam jego danych, bo ma konto prywatne, a za ujawnienie niezwykle poufnych wpisów grozi usunięcie ze znajomych) słusznie zauważył, że mecz Politechnika - Zastal nakładał się godzinowo na transmitowany w telewizji mecz piłkarskiej ekstraklasy Lech Poznań - Legia Warszawa, co mogło część kibiców zniechęcić do wizyty na Torwarze.To już druga w tym sezonie (wcześniej podczas meczu pożegnalnego Fundacji Polonia 2011) koincydencja czasowa z Legią, co nakazuje doszukiwać się w tym celowego działania. Albo kompletnego braku myślenia.

20. Michał Nowakowski po 21 sekundach meczu podkręcił kostkę i nie było go na ławce rezerwowych przez całą pierwszą połowę. W przerwie rozgrzewał się intensywnie, wrócił na parkiet, ale na krótko. Nie wiadomo czy wystąpi w następnym meczu Politechniki z Turowem, ale pewnie pojedzie do Zgorzelca, bo klub z Warszawy ma 10 zawodników zgłoszonych do PLK.

21. Trener Politechniki Mladen Starcević tym razem nie czekając na pytania dziennikarzy wygłosił komentarz na konferencji prasowej i nie mógł się nachwalić Waltera Hodge'a. 35 minut przy nacisku czterech różnych graczy i 0 strat. Zdaniem Chorwata Hodge to "rarytas".

22. Po 7 kolejkach Polacy najwięcej grają w Politechnice (100% minut), PBG (66,4%), Zastalu (62,1%), Treflu (61,3%) i Anwilu (61,1%). Najmniej w Turowie (41,5%, czyli tylko 1,5% powyżej wymagań przepisowych), Siarce (42,6%) i Śląsku (43,2%). Najwięcej punktują w Politechnice (100%), PBG (66%) i Treflu (63%), najmniej w Siarce (28,9%), Śląsku (29,3%) i Turowie (35,6%). Największa dysproporcja między procentów minut a punktów jest w ŁKS-ie (17%), Śląsku (13,9%) i Siarce (13,7%). Trefl jest jedynym zespołem, w którym rodzimi gracze mają większy wkład punktowy niż minutowy. Czyli - bardzo upraszczając - tam Polacy rządzą, obcokrajowcy pomagają.

23. Mateusz Ponitka został najmłodszym graczem, który zdobył więcej niż 20 punktów w polskiej lidze od 25 lutego 2000 roku. Wtedy Szymon Szewczyk mając 18 lat i 66 dni rzucił 21 "oczek" dla SKK Szczecin w wygranym 87:82 meczu z Brokiem Czarnymi Słupsk. Ponitka w niedzielę zdobył 21 punktów dla Politechniki mając 18 lat i 93 dni. Obydwu mogą "pobić" Przemysław Karnowski (Siarka) i Michał Michalak (Politechnika), którzy obchodzą 18-te urodziny odpowiednio 8 i 2 listopada. Czyli pozostały im około dwa miesiące na zdobycie 20 punktów w jednym spotkaniu.

24. Tradycyjny raport rocznika 1993. W 6. kolejce 74 minuty, w 7. kolejce 80, w sumie w sezonie 457. Jak było w poprzednich latach - możecie sprawdzić tutaj.

poniedziałek, 5 września 2011

Litwa 2011: Dzień VI w 24 sekundy

1. Śniło mi się, że Polska przegrała z Wielką Brytanią, ale to niemożliwe, no nie? A jednak...
2. Marek Cegliński pojawił się na meczu w zwycięskiej czerwonej koszulce z napisem Spała 2004. Teraz w końcu może ją wyprać.
3. Średnia oglądalność meczów Polaków w TVP: Hiszpania (401 tys.), Litwa (834 tys.), Portugalia (715 tys.), Turcja (934 tys.).
4. Podczas rozgrzewki na wielkim telebimie puszczono Top Plays z poprzedniego dnia. Numer 1 - Dardan Berisha 2+1 po odbiciu piłki od pleców Hedo Turkoglu. Wszyscy Polacy oglądali z uśmiechem. Chyba ostatnim tego dnia.
5. Co się będziemy oszukiwać? Już przed meczem szukaliśmy transportu do Wilna i noclegu. Ale np. nie zaznaczyłem sobie w tabelce wygranej Polski. Zawiodłem. Przepraszam.
6. Z zapowiedzi przed turniejem na tym blogu: Boję się sytuacji, w której sprawimy sensację, a potem potkniemy się na - odpukać - Portugalii. Albo po prostu nie sprostamy presji w ostatnim meczu z Wielką Brytanią."
7. Szukając przyczyn: może jakieś znaczenie miała też atmosfera na hali. Polskich kibiców było może z 50 (wczoraj 500), a pozostali dopingowali Brytyjczyków.
8. Arkadiusz Koniecki powiedział w studiu TVP Sport: "Marcin Gortat wystąpił w programie Kocham Cię Polsko, ale nie potrafił pokochać polskiej reprezentacji." Podejrzewam, że teraz Gortat usłyszy więcej takich wypowiedzi.
9. Luol Deng spotkał kolegę z Chicago Bulls Omera Asika w korytarzu: "You owe me big time, I want vacation in Turkey!"
10. Joel Freeland trafił wszystkie 12 rzutów z gry w zaledwie 29 minut i miał 11 zbiórek. Niezła lekcja dla naszych podkoszowych po zjedzeniu Asika dzień wcześniej. Ale jest też powód do radości.Wygraliśmy walkę o zbiórki 20:16. Pod własnym koszem. Tak, to nie żart, Brytyjczycy mieli 16 zbiórek w ataku.
11. Thomas Kelati: "Biorę odpowiedzialność na siebie." Szymon Szewczyk: "Zawiodłem kolegów."
12. Cały czas się zastanawiam, która akcja była kluczowa w czwartej kwarcie: czy trójka Lenzly'ego, gdy Szewczyk dał mu kilometr wolnego miejsca czy może spartolona przez Kelatiego i Berishę kontra?
13. Marcin Gortat na Twitterze: "Chlopaki(mlodzi) wiedza juz teraz jak sie gra na wysokim poziomie i nic innego jak powinnni ciezko trenowac. a za rok powrocic 2razy lepsi."
14. Ales Pipan: "Umówiliśmy się, że te mistrzostwa będą pierwszym etapem mojej pracy, po którym zostanę oceniony. Ja na razie potrzebuję trochę odpoczynku, chciałbym jeszcze raz zastanowić się, co zrobiłem dobrze, a co źle. Żeby dalej współpracować potrzebne są dwa warunki: federacja musi być zadowolona, a ja muszę być przekonany, że dam radę pomóc."
15. Czy Pipan powinien zostać? Mimo rozczarowania ostatnim spotkaniem i brakiem awansu, mimo jego różnych wad moja odpowiedź brzmi: tak. Nie wygląda na to, by nagle było nas stać na Sergio Scariolo lub chociaż Bogdana Tanjevicia, a zamiana Pipana na kogoś z jego półki nie ma sensu. Po co zaczynać coś od nowa? Niezależnie od tego jaką PZKosz podejmie decyzję wydaje się wręcz obowiązkiem wyjaśnienie tej sytuacji w ciągu maksymalnie najbliższego miesiąca. Niech praca rozpocznie się jak najszybciej.
16. Spotkania w Poniewieżu obserwował Sasza Nikitović, asystent trenera Dusana Ivkovicia w reprezentacji Serbii. Codziennie wieczorem brał płyty DVD i oglądał mecze Litwy, Turcji i Hiszpanii pod kątem drugiej rundy. Wczoraj wieczorem trochę przerażony prosił o spotkania Polaków. Dzisiaj pochwalił się, że co prawda płyty z Polakami wziął, ale wstrzymał się z analizą, więc nie stracił całej nocy.
17. Odpadamy razem z Chorwacją, Czarnogórą i Włochami. To pocieszające? Tylko trochę.
18. Najbardziej zasmucony porażką był jeden z moich kolegów po fachu, który zupełnie przypadkiem poznał dwa dni temu w nocym klubie będącą przejazdem w Poniewieżu mieszkankę Wilna. Nie podam jego nazwiska, ale nietrudno zgadnąć, prawda?
19. Zdarzało wam się zapewne widywać w polskich marketach karpie pływające w wielkich akwariach kilka dni przed Wigilią? Mi tak. Mamy 5 września, a na Litwie już takie widoki:


20. Jedyny plus dzisiejszego dnia - dostałem plakat Sarasa z autografem specjalnie dla Jakuba.
21. Porównałem sobie bilans grup eliminacyjnych z ubiegłego roku na tym turnieju po pięciu kolejkach. Grupa A (Włochy, Izrael, Czarnogóra, Łotwa, Finlandia): 6-19. Grupa B (Wielka Brytania, Macedonia, Ukraina, Bośnia): 10-10. Grupa C (Polska, Gruzja, Belgia, Bułgaria, Portugalia): 6-19. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że w grupie B grały Węgry (które jako jedyne nie dostały się na EuroBasket), to i tak stoi ona najlepiej.
22. Porównałem także jak radziły sobie drużyny z poszczególnych koszyków przed losowaniem. W grupie A końcowa kolejność koszyków: 1, 3, 2, 5, 4, 6. Grupa B: 1, 2, 3, 4, 5, 6. Grupa C: 4, 1, 6, 2, 5, 3. Grupa D: 2, 1, 4, 5, 6, 3. Czyli co? A i B raczej planowo, D w miarę, C najbardziej wymieszana.
23. Co nas czeka za rok? W kwalifikacjach do EuroBasketu 2013 zagra 30 drużyn. 7 ekip występujących na igrzyskach (lub w dodatkowym turnieju przed igrzyskami) ma pewny awans podobnie jak gospodarz Słowenia. Pozostałe drużyny to 16 uczestników obecnego EuroBasketu, najsłabsi w dywizji A Węgrzy oraz 13 ekip z dywizji B. W losowaniu powstanie 6 grup po 5 zespołów. Awans wywalczą dwie najlepsze drużyny z każdej grupy plus cztery z trzecich miejsc. W którym koszyku znajdzie się Polska? Jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki z tylko jednego turnieju (a tak można wyczytać w regulacjach FIBA) to zapewne w drugim. Nasza grupa może wyglądać tak: Chorwacja (lub np. Francja czy... Turcja - w zależności od wyników 2. rundy), Polska, Czarnogóra, Czechy, Białoruś. Może też tak: Finlandia, Polska, Szwecja, Azerbejdżan, Albania.
24. Jutro nie będzie kolejnej rubryki 24 sekundy. Miała być, ale nie będzie. Zamiast niej jest wielki kac. Nie potrzeba do niego nawet kropelki alkoholu.

piątek, 2 września 2011

Litwa 2011: Dzień III w 24 sekundy

1. Rano wrzuciłem na Twitterze cytat dnia: "He could do something by himself if he wanted to play" z pytaniem: kto to powiedział i o kim? Rozwiązanie: Hedo Turkoglu o Marcinie Gortacie.
2. Hedo tradycyjnie chętny do rozmowy i żartów. Mogę napisać tradycyjnie, bo miałem z nim przyjemność już dwa lata temu w Polsce. Teraz krótki wywiad po treningu zaczął się od "Hedo, can we talk?". "What? Talk, talk, talk...talk to me!".
3. Hedo twierdzi, że lokaut nie potrwa długo, a sezon ruszy w listopadzie, najpóźniej w grudniu. Na pytanie czy ma "insiderskie" info z USA odpowiedział: "I wish I have.".
4. Litewski dziennikarz, pierwsze pytanie do Ersana Ilyasovy: "Turcja - Litwa to mały finał tego turnieju?" Chciałem zadać jednemu z Portugalczyków pytanie, czy mecz z Polską to mały finał, ale brakło mi odwagi.
5. Krzysztof Ławrynowicz nie wypiera się polskich korzeni, wręcz przeciwnie. Już miał iść do szatni, ale usłyszał polski język i się wrócił. "U mnie paszport litewski, ale my Polaki jesteśmy." Ciekawe co na to litewska opinia publiczna. Przecież stosunki polityczne pomiędzy naszymi narodami nie są najlepsze...
6. Martynas Pocius to jeden z najbardziej aktywnych europejskich graczy na Twitterze, pewnie dlatego, że długo uczył się w USA. Na pytanie o to kto z innych zawodników pisze najciekawiej odpowiedział, że on nie czyta, co inni piszą. Potem prawie obiecał, że wrzuci fotke z radości w szatni po zwycięstwie nad Turcją.
7. Nie wiem czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale widziałem przed halą Tomasa Pacesasa rozmawiającego z Romanem Ludwiczukiem.
8. Pokazywałem zaprzyjaźnionemu wolontariuszowi ile się pisze u nas o koszykówce, przy okazji zobaczył w PS tekst o nieznanej sobie dyscyplinie sportu. "Żużel? Co to jest?". Myślałem, że może skojarzy nazwę speedway i już coś zaczeło świtać. "Motokrosy?". Po filmie na youtube przyznał, że już gdzieś coś o tym słyszał.
9. Prawie zapomniałem napisać o wydarzeniu wczorajszego wieczoru: Marek Cegliński z Rzeczpospolitej po meczu z Litwą został tymczasowo... operatorem kamery portalu koszykowka.net (efekty tutaj). W zamian za obiecane piwo, na które jeszcze czeka. Spodziewam się kolejnych nowych operatorów, bo gdy przedstawiciel koszykowka.net sam trzyma kamerę i mikrofon, to zawodnicy... nie słyszą co mówi.
10. Ktoś dzisiaj stwierdził, że Żubr Mieszko był niezwykle podobny do ówczesnego prezesa PZKosz. Ciekawe czy prezes litewskiej federacji też przypomina tego bursztynko-plemnika Amberisa?
11. Na mieście można dojrzeć kilka plakatów z Sarasem Jasikeviciusem (foto by Marcin Józefczyk) i napisem "Yeah Seek A We Choose". Dopiero za piątym razem zrozumiałem o co chodzi w tej grze słów. Inne plakaty przedstawiały Dirka i napis "Know It's Key" oraz Ławrynowicza i napis "Love Renault We Choose".

12. Brytyjski dziennikarz John Hobbs zauważył na Twitterze: "2,300 watched Spain-GB in football mad Poland at #EuroBasket in '09. Today in basketball mad Lithuania, a total of 550 watched.Spain-GB play" Ciekawe, prawda?
13. Wreszcie polscy kibice zdominowali halę! Wprawdzie na moje oko to było ich tyle samo, co na meczu z Litwą (tyle, że wtedy reszta hali to 5000 Litwinow, a teraz 300 osób z różnych krajów), ale byli bardzo głośni. "Gramy u siebie!" itd. itp.
14. Wygraliśmy z Portugalią! W pierwszej połowie oficer prasowy reprezentacji Polski dwa razy złapał się za głowę. Nie ostentacyjnie, po prostu normalna reakcja organizmu na wydarzenia na boisku.
15. Przykro mi to pisać, ale Adam Waczyński w trzech meczach nie miał ani jednej udanej akcji w ataku. Zderzenie z EuroBasketową rzeczywistością bardzo bolesne.
16. Paweł Leończyk to największe pozytywne zaskoczenie polskiej kadry, jeśli porównamy oczekiwania z postawą na boisku. Dzisiaj np. popisał się pierwszą w Poniewieżu akcją 1+2+1 (czyli dobitka z faulem po własnym niecelnym drugim rzucie wolnym).
17. W trzeciej kwarcie po serii 13:0 chyba po raz drugi tego dnia uwierzyliśmy, że pójdzie łatwo. No i obrona się rozluźniła. Jose "Gargamel" Costa przestał robić kroki pod presją, a w zamian trafił dwie "trójki", w tym running jumper z 13 metrów równo z syreną. Remis przed czwartą kwartą. Z Portugalią. Really?
18. Łukasz Koszarek o swoim celnym rzucie równo z końcową syreną w czwartej kwarcie: "Nawet nie patrzyłem na kosz".
19. Jeden z naszych reprezentantów (oszczędzę mu wstydu) na pytanie co zrobić, by pokonać Turcję odpowiedział: "Najpierw musimy wygrać z Wielką Brytanią." I nie dowierzał, że nie zna dobrze terminarza...
20. Sympatycznego trenera Portugalii Mario Palmę zapytałem jak duże szanse Polska ma w meczu z Turcją. "Nie ma. Przykro mi, ale skoro mnie pan pyta o zdanie, to muszę być szczery."
21. Portugalczycy pobili niezmierzalny rekord kuriozalności konferencji prasowej. Trener był zdecydowanie spóźniony, wcześniej przyszedł tylko daleki rezerwowy Marco Goncalves (grał niecałe 5 minut), który stwierdził: "I don't know what to say... Can I Portuguese? No? Yyy.... Okay... I don't know what to say...yyy....we wanted to win, but yyyy the game didn't go well and yyyyy we lost. I don't know what to say."
22. Szymon Szewczyk: "Czuję się znacznie gorzej niż po spotkaniu z Hiszpanią. Z najlepszą drużyną Europy do końca walczyliśmy o zwycięstwo. Przegraliśmy, ale pokazaliśmy trochę dobrej koszykówki, rywalizując z Portugalią wygraliśmy, ale poziom naszej gry był - po prostu - tragiczny, okropny i wstydliwy." Paweł Leończyk: "Wiadomo, że nie gramy nie wiadomo jakiej koszykówki, ale zwycięstwo cieszy."
23. Dzisiejsze mecze wizytował znany i lubiany koszykarski VIP Stinger. Przyznał, że nie czytał do tej pory "24 sekund", więc zachęciłem mu obietnicą znalezienia się w 23. punkcie. Dotrzymuję słowa.
24. Jeśli mecz Turcja - Litwa miał nas natchnąć nadzieją przed spotkaniem Polski z Turcją, to niezależnie od korzystnego dla biało-czerwonych (w kontekście walki o awans) wyniku nie udało się.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Tata Szewczyk, tata Lijewski

Ostatnio nie mam motywacji, by pisać na blogu, ale nie chcę też, by zbyt długo była tu "dziura", więc wrzucę kilka tekstów z ostatnich tygodni, które albo nie znalazły się w gazecie albo znalazły się, ale po prostu mi się podobają. Na dzień dobry 2/5 historii o ojcach, którzy mieli wielki wpływ na karierę swoich dzieci. Materiał był niedawno w piątkowym Magazynie Sportowym (dodatek do PS) obejmował tatusiów Michała Kościuszko, Sebastiana Mili, sióstr Radwańskich (ale to ja nie pisałem) oraz Szymona Szewczyka i braci Krzysztofa oraz Marcina Lijewskich (to ja pisałem). Myślę, że szczególnie tekst o "Szewcu" jest ciekawy, bo przedstawia parę nieznanych faktów z jego życia. Może uda mi się później wrzucić screena z gazety z fotkami.


MIROSŁAW SZEWCZYK

Przez kilkanaście lat był koszykarzem Pogoni Szczecin. Mirosław Szewczyk występował także z powodzeniem w ekstraklasie, więc jego urodzony w 1982 roku syn Szymon chcąc nie chcąc jeździł z tatą na mecze czy obozy. A tata uczył go koszykówki. Nawet gdy Szymon trenował w klubie u innego trenera, to przychodząc do szkoły dostawał ostrą kolejną lekcję basketu od ojca. – Na każdej przerwie pokazywałem mu różne zagrania, mimo, że nie był w stroju sportowym – opowiada pan Mirosław. – Przy innych osobach zwracałem się do taty “panie profesorze” – wspomina Szymon.

Pływał i śpiewał
Mając takiego ojca Szymon wręcz musiał trafić do koszykówki. – Kupowałem mu piłki, ale miał też inne zajęcia jak chociażby śpiewanie w chórze. Ale przez nasze wspólne wyjazdy skłaniał się do koszykówki. Kiedyś postanowił z kolegami nawet zbudować kosz na osiedlu. Ciągnął kable przez balkon, wiertarkę pożyczył i zmontowali – uśmiecha się Mirosław Szewczyk. – A ja pamiętam spotkanie w Poznaniu. Biegałem po całej hali i tata bardziej niż meczem był zajęty rozglądaniem się, gdzie jestem. Strasznie był na mnie zły z tego powodu – opowiada Szymon i przyznaje: – To było naturalne w moim przypadku. Całe dzieciństwo spędziłem w określonym środowisku u boku ojca. Ale gdy byłem mały, to robiłem różne rzeczy: jeździłem na rowerze czy grałem w piłkę nożną. Zresztą mój dziadek marzył, że zostanę piłkarzem i kupił mi futbolówkę w prezencie. Niestety zanim mi ją ofiarował, to zmarł. Miałem wtedy dwa lata. Babcia ją zachowała i dostałem kilka lat później.

Poszukiwania półbutów
– Warunki fizyczne od zawsze predysponowały Szymona do tej dyscypliny. Gdy kończył szkołę podstawową miał już 2 metry wzrostu i rozmiar buta 52. Powstał problem, bo nie miał w co się ubrać na zakończenie roku szkolnego. Miał garnitur, ale brakowało do niego butów. Cały Szczecin przejechaliśmy wzdłuż i wszerz, aż w końcu na ostatnią chwilę znaleźliśmy w sklepie na ulicy Wyszyńskiego wiśniowe, skórzane półbuty. Garnitur był w kolorze stalowym, więc i tak nie pasowały idealnie, ale lepiej niż buty sportowe – mówi tata Szewczyk. – Początkowo był wysoki, ale chudy i brakowało mu masy. Może wtedy miał trochę zwątpienia, ale był bardzo pojętny. Mówi się, że zawodnik potrzebuje 2000 powtórzeń, żeby jakiś element wszedł mu w nawyk. On potrzebował o wiele mniej. Na dodatek był bardzo sprawny. Potrafił pływać, wykonywać najróżniejsze ćwiczenia gimnastyczne, różne zwisy, stania na rękach. Świetnie biegał na 400 metrów. W szkole średniej cztery razy był mistrzem Szczecina w pchnięciu kulą – wymienia ojciec jednego z naszych najlepszych koszykarzy.

Jeden na sto
Właśnie przechodząc do szkoły średniej, a konkretnie do Zespołu Szkół Łączności w Szczecinie Szymon trafił pod opiekę swojego ojca. – Nie było mi łatwo, bo kiedy tata zaczął mnie trenować, ja właśnie byłem w okresie młodzieńczego buntu i nie rozumiałem wielu rzeczy. Czasami kazał mi w kącie hali rzucać piłką 100 razy w jeden punkt, a ja się buntowałem i myślałem: Ja pierdzielę po co mi to? Chciałem biegać po całej hali, jak wtedy, kiedy byłem dzieckiem – śmieje się Szymon. – Nie miał u mnie taryfy ulgowej, a nawet stawiałem mu większe wymagania niż innym, bo był najbardziej utalentowany. Kiedy jeszcze trenował w klubie u innego trenera, to po przyjściu do szkoły na każdej przerwie pokazywałem mu wiele różnych manewrów. Nawet nie musiał się przebierać w strój koszykarski. Dzięki temu szybciej się uczył. Wykładowca jeszcze na studiach powiedział mi, że jeśli na 100 zawodników trafi mi się jeden talent, to będzie bardzo dobry wynik. I ja się tej zasady trzymałem, a miałem to szczęście, że tym talentem był akurat mój syn. Oczywiście nie odpuszczałem innych chłopaków i też kazałem im ciężko trenować. A z Szymonem odbyłem jedną męską rozmowę. Zapytałem go czy chce być najlepszy na podwórku czy być dobrym graczem w Europie. Był bardzo wszechstronny, występował u mnie praktycznie na każdej pozycji. W lidze szkolnej dzięki swojej sprawności grał nawet jako rozgrywający i dobrze mu to wychodziło – wspomina Szewczyk senior.

Nie kablował na kolegów
Koszykówka była obecna w życiu Szewczyków przez cały dzień. – Spotykaliśmy się oczywiście z całym zespołem i analizowaliśmy spotkania, ale skłamałbym gdybym nie przyznał się, że w domu też dyskutowaliśmy: Dlaczego zrobiłeś tak czy siak? – przyznaje Mirosław Szewczyk. – W domu mieliśmy normalne stosunki, ale w szkole zwracałem się do taty przy innych osobach “panie profesorze”. Nigdy nie kablowałem na kolegów, choć były takie podejrzenia. Czasem było mi przykro, bo sam narzekałem na tatę jako trenera, a na dodatek musiałem jeszcze wysłuchiwać narzekań innych zawodników. Tata pytał mi się jak reagują koledzy na poszczególne zagrywki. Ja nie mówiłem, że ten czy ten chce tak czy inaczej, ale ogólnie, że drużyna wolałaby grać takie akcje – tłumaczy Szymon, który grywał bardzo dużo w ekstraklasie jako nastolatek, gdy jego ojciec był trenerem SKK Szczecin. – Nie miałem wielkich oporów przed wystawianiem go na parkiet. Ja sam debiutowałem w ekstraklasie jako 15-latek. Bardzo chciał dorównać czołowym zawodnikom podkoszowym w lidze w tamtym czasie jak Tomek Jankowski czy Joe McNaull, ale był po prostu się od nich odbijał – zauważa ojciec.

Stypendium od Buzka
Szewczyk w pewnym momencie występował aż w 8 różnych rozgrywkach zaczynając od ligi szkolnej poprzez kadrę makroregionu, juniorów, a kończąc na ekstraklasie. Mimo to nie miał problemów z nauką. Wręcz przeciwnie! – Ciągle mu wpajałem, że koszykówka to sport akademicki, dla ludzi wykształconych. Była taka sytuacja, że wróciliśmy o 23 po treningu do domu, położyłem się spać, budzę się o 2, a u niego w pokoju światło się świeci. Pomyślałem, że nie zgasił go przed spaniem. Wchodzę, a on tam wypracowanie pisze. To tylko jeden z przykładów, że był bardzo pilnym uczniem, niczego nie zaniedbywał. Doszło nawet do tego, że dostał stypendium od premiera Jerzego Buzka i to nie za osiągnięcia sportowe, ale za naukę. A na maturze był zwolniony z ustnego egzaminu z matematyki – chwali się tata.

Woleli Kukoča
Szymon opuścił ojca w 2001 roku, gdy przeniósł się niespodziewanie do pierwszoligowej Polpharmy Starogard Gdański zaskakując wielu. – To była nasza wspólna decyzja. Wcześniej latem był na zgrupowaniu kadry juniorów w Wałczu. Doznał kontuzji, a nikt nie zrobił mu nawet rentgena. Obłożyli go lodem i odesłali do domu. Odebrałem go z dworca i pojechaliśmy do szpitala. Ten uraz trochę uniemożliwił mu rozwój. W Polpharmie był wtedy trener Tadeusz Huciński i uznałem, że od niego wiele się nauczy, to nie będzie stracony sezon. Faktycznie tak się stało. Rok później poszedł do Niemiec do Brunszwiku, gdzie był rewelacją – mówi Szewczyk senior. Potem “Szewcu” grał w Albie Berlin, Olimpiji Lublana, włoskim Legea Scafati, rosyjskim Lokomotiwie Rostow, a teraz znowu we Włoszech w Air Avellino. – Cały czas jesteśmy w kontakcie. Śledzę jego występy przez internet. Gdy był w Brunszwiku często jeździłem 500 kilometrów na mecz. Później do Berlina miałem tylko 1,5 godziny samochodem, więc mogłem go nawet odwiedzać w środku tygodnia. Konsultowaliśmy czasem nawet sprawy taktyczne – mówi pan Mirosław. Szymon został w 2003 roku wybrany w drafcie NBA, ale nigdy się tam nie dostał. Próbował bezskutecznie swoich szans podczas ligi letniej, chociaż w 2004 poszło mu bardzo dobrze. Dlaczego? – Poprosił mnie o pomoc w przygotowaniach. Przyjechał do Szczecina i dwa tygodnie ciężko trenowaliśmy. Poleciał do USA i grał świetnie. W jednym meczu miał nawet 31 pkt i 16 zbiórek. Niestety Milwaukee Bucks woleli wtedy weterana Toniego Kukoča – ubolewa ojciec niedoszłego gracza Kozłów.

Ferie we Włoszech
– Nie jestem typem człowieka, który żali się, że gra za mało albo coś mu nie wychodzi. Ale tata nawet do teraz, mimo, że mam już 27 lat, stara się doradzić, pomóc mi, podpowiedzieć coś. Niestety nie zawsze może dostać wolne w pracy, a ja nie zawsze miałem takie warunki mieszkaniowe, by móc gościć rodzinę. Na pewno przyjedzie do mnie do Włoch w trakcie ferii zimowych – zapowiada Szewczyk junior. A on często latem odwiedza tatę w szkole. – W ubiegłym roku był w naszym Zespole Szkół Łączności, spotkał się z uczniami, rozmawiał prawie godzinę na każdy temat. Gratulowano mu obycia, umiejętności rozmowy z młodzieżą. Dla niego to zresztą nic nowego. Gdy grał w Rosji, to też zapraszano go do szkół – zauważa Szewczyk senior. – Bardzo często pojawiały się zarzuty, że ojciec mnie foruje, że promuje swojego syna kosztem innych zawodników. Nie wiem czy tak było, bo nigdy ojca o to nie pytałem, ale nawet jeśli tak, to wiele mi to dało. Myślę, że nie zawiodłem taty – kończy Szymon.

EUGENIUSZ LIJEWSKI

Niewielu jest ojców, którym udało wychować nie jednego, a dwóch świetnych sportowców. Do tego grona należy Eugeniusz Lijewski, tata Krzysztofa i Marcina, dwukrotnych medalistów mistrzostw świata w piłce ręcznej. Gdyby nie on, synowie nigdy nie graliby w szczypiorniaka. Obaj woleli koszykówkę, ale to on zasugerował im, że większe szanse na zrobienia kariery mają jako piłkarze. Do teraz często doradza synom i ... – Tata zawsze ma rację – mówi Krzysztof. Nic dziwnego, bo w końcu pan Eugeniusz sam zna tę dyscyplinę od podszewki. W przeszłości długo był zawodnikiem, a teraz jest trenerem. Niedawno objął stanowisko trenera pierwszoligowej Ostrovii Ostrów Wielkopolski. To w tym klubie zaczynali bracia Lijewscy.

Musieli być sportowcami
– Zawsze chciałem mieć syna. Jeśli będzie miał predyspozycje, to chciałem, żeby uprawiał sport. A oni mieli. Obaj wyróżniali się już w przedszkolu. Gdy byli małymi dziećmi, to na gwiazdkę zawsze kupowałem im piłkę ręczną. Chętnie się nią bawili, kilka razy nawet zbili szybę. Byli sprawni, chcieli się ruszać. Dla nich ważny był ruch, piłka, rower. Musieli trafić do klasy sportowej, by wyładować energię – mówi Eugeniusz Lijewski. Bracia nie zostali od razu fanatykami szczyporniakiem. – Koszykówka przewyższała wtedy popularnością piłkę ręczną. Na każdym osiedlu można było spotkać kosze. Siłą rzeczy oni też grali. Przez pierwsze trzy lata podstawówki mieli zajęcia w szkole o profilu koszykarskim – wspomina najstarszy Lijewski, którego żona była koszykarką. – Ale nie było między nami kłótni o to, jaką dyscypliną mają zająć się synowie. Marcin od małego jeździł ze mną na obozy, mecze, zgrupowania. Nie trenowałem go ani w szkole ani w klubie. Dopiero po skończeniu szkoły podstawowej zaczął powoli zajmować się piłką ręczną. Koszykówki nie odstawił kompletnie na bok. W szkole średniej nadal grał w basket. Był wtedy szczupły, niezbyt mocny fizycznie i grało mu się coraz gorzej, nie umiał przepchnąć się pod kosz. Zapisałem Marcina do Ostrovii. Świetnie gra lewą ręką, a tacy piłkarze są poszukiwani. Do tego ma niezwykły zmysł do gry kombinacyjnej, te cechy przydały mu się w latach seniorskich – opowiada były zawodnik m.in. Śląska Wrocław.

Fascynacja NBA
Z Krzysztofem było podobnie, bo też zaczynał od koszykówki. – Chodził do tej samej szkoły podstawowej, ale od czwartej klasy przeniosłem go do innej, gdzie ja zacząłem uczyć – mówi Lijewski senior. – Gdy byłem małym chłopcem uwielbiałem oglądać NBA i ciągle grałem w tę dyscyplinę sportu. Bardzo chciałem zostać przy baskecie i wcale nie było mi łatwo się przestawić. Jeszcze jako nastolatek chodziłem po treningu na boisko z kolegami grać w koszykówkę. Do dzisiaj bardzo ją lubię – wspomina Krzysztof. – W trzeciej klasie podstawówki nie myśli się o dalekiej przyszłości tylko o tym, co będzie jutro. Tata uzmysłowił mi jednak, że w piłce ręcznej mogę osiągnąć zdecydowanie więcej, jeśli tylko będę przykładał się do treningów – dodaje 26-latek, który teraz nie żałuje tej decyzji. Pod okiem ojca uczył się w klasie o profilu piłki ręcznej wraz z m.in. kolegą z kadry Bartłomiejem Jaszką i Andrzejem Biegańskim grającym obecnie w drugiej lidze niemieckiej. – Nie ograniczałem zajęć do mojej dyscypliny. Na lekcjach był czas na piłkę nożną i koszykówkę. W tej ostatniej Krzysiek radził sobie doskonale. Miał świetny rzut, nawet niedawno, gdy grał 1 na 1 z bratem to on wygrywał, bo trafiał niesamowicie za 3 punkty. Ale nie wiem czy gdyby zostali przy koszykówce odnieśliby taki sukces, bo w naszym kraju polscy zawodnicy nie mogą się przebić – twierdzi ojciec Lijewski.

Piwo i papierosy
Występując u taty Krzysztof wcale nie miał łatwiej. Wręcz przeciwnie. – Cały czas byłem na świeczniku, a koledzy patrzyli mi na ręce i obserwowali jak reaguję na zachowania ojca. Na dodatek przez długi czas byłem kapitanem i przez to w młodym wieku mialem na sobie dużą presję – przyznaje Krzysztof. – Starałem się widzieć wszystkie złe rzeczy, byłem uczulony na to. W czasie lekcji nie dawałem mu tego odczuć, ale w domu ciągle mu doradzałem co i jak ma robić. Cały czas był pod obserwacją. Koledzy wybrali go na kapitana drużyny, pewnie liczyli, że coś w ich imieniu załatwi u ojca – mówi ojciec braci. Najgorszy dla Krzysztofa był okres pobytu w 8. klasie podstawówki. W ciągu roku urósł prawie 20 cm i zaczęły się problemy ze skrzywieniem kręgosłupa. Przez cały sezon nie mógł trenować i grać, mógł tylko wykonywać ćwiczenia korekcyjne. – Widziałem w jego oczach zwątpienie. Ale dopiero gdy wzmocnił się fizycznie i nabrał masy, postanowiliśmy, że może mieć takie obciążenia jak wcześniej – wyjaśnia tata Lijewski. – Było trudno. Wtedy już walczyliśmy o medale na mistrzostwach Polski młodzików, a ja w pierwszej fazie nie mogłem zagrać. Ale wiedziałem, że wrócę. Tata wyjaśnił mi, że takie sprawy są wliczone w życie sportowca – mówi Krzysztof. Młodość zarówno jego jak i Marcina nie była idealna. Obu zdarzały się różne wybryki. – Marcina przyłapałem na paleniu papierosów w 8. klasie. Na szczęście większych kłopotów wychowawczych nie było, na policję nie musiałem chodzić w jego sprawie. Z kolei Krzysiek powiedział mi wprost, że nigdy nie palił papierosów i ja mu wierzę. Przyznał się natomiast, że pił piwko z kolegami i to nawet za moimi plecami – ujawnia pan Eugeniusz.

400 km na marne
Tata pomagał synom także, gdy po świetnej grze w Ostrovii wreszcie trafili do ekstraklasy. Marcin w wieku 19 lat, Krzysztof – 20. – To był niesamowity skok. Ale musieli odejść, bo rywalizacja, walka o miejsce w zespole czyni postęp. Jeździłem na pierwsze mecze Marcina. Po meczu derbowym ze Spójnią, gdy zagrał rewelacyjnie, dostałem kasetę, którą trzymam do teraz. Ale czasami było gorzej. Marcin trafił na wspaniałego szkoleniowca Daniela Waszkiewicza. Często “grzał” ławę, bo po prostu grał słabo. Mówiłem mu potem: jadę 400 kilometrów, a ty nie potrafisz dobrze zagrać, zmobilizować się. To przykre dla mnie – opowiada Lijewski senior, który dobrze rozumiał dlaczego syn nie pojawia się na parkiecie, bo sam jest trenerem i wie jaka jest jego rola. – Jeśli jakiś rodzic ma pretensje do mnie, że mam do jego dziecka uwagi, to się myli niesamowicie. Jeśli udzielam mu uwag, to chcę mu pomóc. Gdybym go olewał, to możnaby mieć pretensje – twierdzi.

Telefon po każdym meczu
Krzysztof trafiając do Śląska Wrocław był już medalistą młodzieżowych mistrzostw Europy. W stolicy Dolnego Śląska nie miał łatwo, bo skład był bardzo silny. – Pamiętam jak kiedyś do mnie zadzwonił żaląc się: mówi do mnie, żebym przepchnij kołowego, a ja tak, jakbym oparł się o ścianę. Dzięki temu zrozumiał, że musi pracować nad siłą i od tego czasu praktycznie po każdym treningu zostawał na siłowni – przypomina ojciec Lijewski. – Na początku bardzo często kontaktowałem się z tatą. On zresztą bywał na meczach we Wrocławiu, bo z Ostrowa nie jest tam daleko. Po nieudanych występach byłem otwarty na jego krytykę, często porównywałem to co on mówi z uwagami trenera i zazwyczaj pokrywało się ze sobą. Wiedziałem, że tata zawsze ma rację. Teraz rozmawiamy telefonicznie po każdym meczu. Mam taką potrzebę, a jednocześnie wiem, że piłka ręczna to dla taty całe życie. Opowiadam mu o tym, jak wyglądało spotkanie, co się działo, daje mi wskazówki, choć nie tak często jak wcześnie. Mamy przecież w klubie znakomitych fachowców, którzy świetnie się nami zajmują – kończy Krzysztof.

sobota, 12 września 2009

EuroBasket: Dziwne tłumaczenie Katzurina

Polacy przegrali z Serbią 72:77 i mają nóż na gardle przed meczem ze Słowenią. To spotkanie pokazało jednak ważną rzecz - nasi rezerwowi wcale nie są tak źli, by z nich nie korzystać. Co na to trener Muli Katzurin? Tłumaczy się ciekawie...

W trzeciej kwarcie było 66:50 dla rywali, a na parkiecie pojawili się Łukasz Koszarek, Michał Chyliński, Krzysztof Roszyk, Szymon Szewczyk wzmocnieni Marcinem Gortatem. Koszarek i Szewczyk poderwali drużynę w ataku, Roszyk i Chyliński świetnie bronili przeciwko obwodowym koszykarzom Serbii. A nawet jeśli nie świetnie, to o wiele lepiej niż David Logan i Michał Ignerski, którzy mieli problemy także z powodu różnicy w centymetrach. Logan (184 cm) był za niski, a Ignerski (207 cm) za wysoki. Chyliński (195 cm) i Roszyk (200 cm) lepiej pasowali do Urosa Tripkovicia (195 cm), Milenko Tepicia (198 cm), Stefana Markovicia (191 cm) czy Milosa Teodosicia (195 cm). Biało-czerwoni zniwelowali straty do dwóch punktów, ale więcej nie dali rady zdziałać. Zmiennicy się zmęczyli, a Ignerski, Logan i Maciej Lampe wrócili na boisko dopiero w ostatniej minucie.

Spytałem trenera, czy ten mecz nie pokazał czasem, że możemy grać używając dziewięciu zawodników, a nie sześciu czy siedmiu i czy tak będzie w kolejnych spotkaniach. Odpowiedział brzmiała następująco: To nie pierwszy raz, gdy rezerwowi odrabiają taką dużą stratę. Tak było np. w towarzyskim meczu z Chorwacją w Bambergu. Mamy dobrych rezerwowych, ale wszystko zależy od sytuacji w danym spotkaniu. Jeśli podstawowa piątka gra dobrze, to nie ma potrzeby jej zmieniać.

Dla mnie to tłumaczenie "trochę" dziwne. Wynika z niego, że jeśli drużynie idzie, prowadzi i gra dobrze, to pierwsza piątka powinna przebywać na parkiecie 40 minut. Może trochę przejaskrawiam, ale tak można to rozumieć. Katzurin nie bierze w ogóle pod uwagę zmęczenia. Wygląda to tak, jakby chciał niczym w grze NBA Live wyłączyć w ustawieniach opcję "Fatigue", by zawodnik był ciągle w 100-procentowej dyspozycję.

A może ja czegoś tu nie rozumiem? W końcu nie jestem przecież trenerem :-)
P.S.
Polecam szósty odcinek serii Wokół EuroBasketu na sports.pl. Moim zdaniem najlepszy :)