Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reprezentacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reprezentacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2011

Lampe a kadra

Pod koniec kwietnia Maciej Lampe w wywiadzie dla TVP Sport mówił: „Wciąż czekam na telefon z PZKosz”. Teraz w związku twierdzą, że... Lampe nie odbiera telefonu. Lampe stroi fochy? Obraził się?

Z Marcinem Gortatem wysłannik PZKosz Walter Jeklin spotkał się w Phoenix i odbył "męską rozmowę". Właściwie od styczniowych wyborów w związku obie strony były w stałym kontakcie. Lampe? To sportowo niższa półka niż Gortat, ale nadal MVP drugiej najlepszej ligi w Europie! Mam wrażenie, że chyba nie powinien przy pomocy mediów cztery miesiące przed mistrzostwami kontynentu prosić o kontakt w sprawie kadry.

Nie jestem za tym, żeby stosować wobec kogokolwiek w reprezentacji osobne standardy, wynajmować apartamenty i dawać osobny samochód. Jeśli będą takie wymagania, to do widzenia. Ale z drugiej strony - skoro oczekujemy czegoś od zawodnika, to zachowujmy się równie poważnie. W związku narzekają, że Lampe nie pokazał, że chce grać w reprezentacji. Ja jestem ciekaw, kiedy ktokolwiek ze związku dał znać Lampemu, że widzi go w składzie.

Od dnia wyboru trenera (25 maja) do dzisiaj (czyli nieco ponad dwa tygodnie) Lampe rozegrał osiem spotkań play-off ligi rosyjskiej w czterech miastach będąc właściwie ciągle w podróży. Żeby nie okazało się, że nie wystąpi w kadrze, bo gdy on grał ważny mecz albo był w samolocie, to ktoś z nieznanego numeru dwa razy dzwonił na zostawioną w hotelu komórkę i nie nagrał się nawet na pocztę głosową...  To oczywiście pół żartem, pół serio.

A już bez żartów: kilka dni temu w półfinale ligi rosyjskiej UNIKS Kazań grał z Chimkami, czyli drużyną innego ważnego kadrowicza Thomasa Kelatiego. Dwa mecze odbyły się pod Moskwą i chyba nic nie stało na przeszkodzie, by pojawił się tam ktoś z PZKosz, nawet osobiście trener kadry Ales Pipan. Wtedy nie byłoby już żadnych nieporozumień.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

W sprawie PZKosz i Repesy

W środę napisałem o tym, że Jasmin Repesa jest o krok od objęcia stanowiska trenera reprezentacji Polski koszykarzy. W piątek Polski Związek Koszykówki opublikował sprostowanie, w którym informuje, że Repesa, owszem, jest brany pod uwagę, ale nie podjął żadnej decyzji. Sam Repesa na stronie swojego włoskiego klubu zaprzeczył jakimkolwiek rozmowom na temat prowadzenia polskiej kadry.

Skąd wzięła się taka zdecydowana reakcja obu stron? Odpowiedź w poniższym tekście, który napisałem do poniedziałkowego PS.

Repeša niepewny
Nie jest przesądzone, iż Jasmin Repeša podpisze kontrakt na prowadzenie reprezentacji Polski koszykarzy.


Chorwat bardzo zdenerwował się tym, że sprawa wyszła na światło dzienne w momencie, gdy jego włoski klub Benetton Treviso czekają ważne mecze i chciał nawet zerwać rozmowy z Polskim Związkiem Koszykówki. Na razie obie strony wystosowały dementujące oświadczenia, ale nadal pozostają w kontakcie.


W ubiegłym tygodniu napisaliśmy, że Repeša jest już o krok od objęcia polskiej kadry. 50-letni szkoleniowiec miał podpisać kontrakt pod koniec kwietnia. – Ta informacja od razu trafiła do prasy w krajach, w których pracował. Repeša odebrał dziesiątki telefonów z całej Europy z zapytaniem, czy to prawda. A on teraz ma przecież przed sobą ważny turniej w Treviso i nie ma czasu na tłumaczenia – powiedziala nam jedna z osób zajmująca się w PZKosz wyborem trenera. Benetton właśnie przygotowuje się do rozgrywanego we własnej hali turnieju Final Four Europucharu (16-17 kwietnia). Wygrana w tej imprezie da włoskiej ekipie powrót do Euroligi w przyszłym sezonie. Doniesienia o zaawansowanych rozmowach Repešy na temat prowadzenia reprezentacji Polski nie spodobały się szefom klubu z Półwyspu Apenińskiego, nie mówiąc już o kibicach Benettonu. Repešy natomiast nie spodobała się informacja o tym, że kandydatem do objęcia biało-czerwonych był wcześniej Sašo Filipovski, który nie dostał zgody swojego klubu Lottomatiki Rzym. Chorwat nie chciał być tylko opcją rezerwową.


Związek i Repeša chcąc ratować sprawę wystosowali oświadczenia. Chorwacki trener stwierdził, że informacje o jego pracy w Polsce nie mają żadnego oparcia w faktach i że koncentruje się w 100% na Benettonie. PZKosz potwierdził, że „nazwisko Repešy jest brane pod uwagę w aspekcie objęcia posady szkoleniowca reprezentacji Polski”, ale jednocześnie zaprzeczył, że prowadzono negocjacje z Filipovskim. Wszystko po to, by uspokoić Repešę. – Faktycznie, mówiłem o pomyśle z Filipovskim, ale być może niedokładnie i doszło do małego nieporozumienia – przyznaje prezes związku Grzegorz Bachański. - Ta kandydatura była nierealna właściwie już za rządów poprzedniego prezesa Romana Ludwiczuka. Od pośrednika wiedzieliśmy, że klub nie pozwoli mu na pracę w kadrze – wyjaśnia.


Wszystko wskazuje na to, że jeśli PZKoszowi uda się przekonać Repesę do zatrudnienia w naszym kraju, to nie stanie się to do końca kwietnia. Taki termin wyboru nowego selekcjonera podawały niedawno władze związku. Teraz albo będą musiały poczekać jeszcze dłużej albo poszukać innego szkoleniowca, co pewnie także przedłuży stan bezkrólewia na stanowisku opiekuna kadry seniorów. Reprezentacja nie ma trenera od końca sierpnia 2010 roku. Wtedy skończyła się umowa Igora Griszczuka.

poniedziałek, 20 września 2010

633 sekundy z Blattem

Ile mamy czasu?

10 minut.

To było bardzo ciekawe 10 minut (i 33 sekundy) z Davidem Blattem, dzięki czemu zapomniałem, że mój pociag do Wrocławia złapał 90 minut opóźnienia na odcinku 40 kilometrów!

Blatta przedstawiać kibicom koszykówki nie trzeba, ale krótka metryczka się przyda: mistrzostwo Europy z Rosją w 2007 roku, ćwierćfinał mistrzostw świata kilka dni temu ze znacznie odmłodzoną Rosją. Sukcesy na ławce Benettonu Treviso, Dynamo Sankt Petersburg i Maccabi Tel Awiw, gdzie trafił ponownie.

W trakcie treningu ostry dla swoich graczy ("tak broniąc będziecie mieli oczy w łzach na koniec sezonu" - ograniczę się do jednego cytatu), ale jednocześnie rzeczowy w swoich uwagach. Po zajęciach chętny do rozmowy miły facet. Pewnie miałbym więcej niż 10 minut, gdyby kierownik drużyny nie poganiał. Dwulicowość? Nie. Po prostu zaangażowanie w pracę i jednocześnie otwartość na media.

Rozmowa tutaj. Starałem się poruszyć jak najwięcej tematów, choć kilku pytań i tak nie zdązyłem zadać.

P.S.
Tymczasem Maccabi Blatta omal nie przegrało w Pucharze Śląska Wrocław z Turowem Zgorzelec.

poniedziałek, 6 września 2010

Dzień z życia koszykarskiej kadry

Moment może niezbyt odpowiedni (chociaż przecież właśnie awansowaliśmy na EuroBasket!), ale... natrafiłem właśnie w TVP Sport na reportaż Anny Ulman o nazwie "Dzień z życia kadry". Widziałem coś takiego w programie wcześniej, ale myślałem, że chodzi o piłkarzy. A tu miłe zaskoczenie - wita nas Filip Dylewicz.

Znalazłem ten materiał w necie i szczerze polecam. Coś rzadko spotykanego w naszej koszykówce.

KLIKAĆ I OGLĄDAĆ.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Czas Griszczuka minął

Długo mnie tu nie było, ale od pewnego czasu czekałem na moment, by znowu coś napisać. Teraz jest idealny - kadra nie awansowała do mistrzostw Europy, a umowa trenera Igora Griszczuka z PZKosz skończyła się. Czy powinien zostać? Nie. Popełniłem tekst na ten temat do wtorkowego PS. Dłuższa wersja jest w necie, ale wklejam także tutaj.

Kosz: Czas Griszczuka minął

Trenerowi męskiej reprezentacji Polski Igorowi Griszczukowi skończyła się umowa z PZKosz i wątpliwe, by została przedłużona. To dobrze, bo zespół przegrał w niedzielny wieczór w Belgii nie awansując do mistrzostw Europy, a zatrudnienie szkoleniowca Anwilu Włocławek okazało się nieudanym pomysłem.

Oczywiście reprezentacja miała w trakcie eliminacji niezależne od trenera problemy logistyczne (np. nocny powrót samolotem z Portugalii) i sporego pecha, ale nie można tym tłumaczyć wszystkiego. Olbrzymim ciosem dla biało-czerwonych był uraz Krzysztof Szubarga w trakcie spotkania z Portugalią. Gdy okazało się, że "Szubi" będzie musiał pauzować kilka miesięcy, kadra została z jednym rozgrywającym - Łukaszem Koszarkiem. Dlaczego? Bo Griszczuk na serię ośmiu spotkań w cztery tygodnie zabrał ze sobą tylko dwie "jedynki". W szerokim składzie miał także Tomasza Śniega, ale odesłał go do domu. Po kontuzji Szubargi próbowano ściągnąć zawodnika z powrotem, ale 21-latek był wtedy ... na wakacjach w Afryce. Nic dziwnego, bo przecież nikt nie kazał mu czekać pod telefonem. Dla porównania poprzedni trener Muli Katzurin na ubiegłoroczny EuroBasket w ostatniej chwili powołał na wszelki wypadek Roberta Skibniewskiego, mimo że Szubargę tylko lekko rozbolały plecy. Griszczuk nie zabezpieczył się i musiał rolę drugiego rozgrywającego powierzyć Thomasowi Kelatiemu. Naturalizowany Amerykanin w szkole średniej występował na tej pozycji, ale po studiach dał się poznać głównie jako świetny snajper. Tymczasem, gdy kazano mu rozdzielać piłki, to, jak sam przyznał, przestał myśleć o szukaniu pozycji do rzutu i zdobywaniu punktów. A jego trafień często nam brakowało. Kto wie, czy rezygnacja ze strzeleckich umiejętności Kelatiego nie była gwoździem do trumny...

Griszczuk pokazał też na arenie międzynarodowej te same wady, które widać było w trakcie pracy w polskiej lidze. W PLK co prawda wywalczył ostatnio wicemistrzostwo, ale przecież nieraz zdarzały mu się spotkania, w których Anwil długo prowadził, by po przerwie przegrać, bo przeciwnik rozszyfrował pomysły taktyczne, a trener nie umiał wymyślić nic nowego. Griszczuk potrafi zmobilizować graczy i przygotować zespół do meczu, ale w jego trakcie kiepsko reaguje na wydarzenia na boisku. W trzech wyjazdowych meczach z Bułgarią, Portugalią i Belgią Polacy przegrali końcówki, choć wcześniej prowadzili. W decydujących chwilach brakowało pomysłu, a przecież każdy zawodnik wie, że w takim momencie liczy się odpowiednio przygotowana akcja. Chaos i indywidualne zagrania zazwyczaj kończą się porażką. Sami koszykarze zresztą narzekali, że taktyka nie bardzo im odpowiada. W Bułgarii załatwił nas Filip Widenow, choć wszyscy wiedzieli, że świetnie rzuca z dystansu. Nie zdecydowano się jednak na wystawienie przeciwko niemu Kelatiego, choć on sam twierdził, że tak powinno być.

Trener biało-czerwonych zawęził liczbę graczy, którzy przebywali na boisku, a ze zmienników korzystał rzadko. Dużo czasu zajęło mu przekonanie się, by na parkiecie pojawił się Kamil Chanas, dobrze znany mu z Anwilu. Tymczasem, gdy "Hasan" zagrał przeciwko Bułgarii w Katowicach, to okazał się bardzo przydatny. Czwórka Kelati, Koszarek, Marcin Gortat i Maciej Lampe grała średnio więcej niż 31 minut. Dla porównania w ekipie Belgii i Bułgarii nie było żadnego takiego koszykarza, a w Gruzji - jeden. Liderzy mogli być zmęczeni. Taką sytuację można teoretycznie tłumaczyć brakiem klasowych zmienników (i nieobecnością Michała Ignerskiego i Szymona Szewczyka, którzy tego lata musieli przejść operacje), ale z drugiej strony - Filip Dylewicz i Adam Hrycaniuk mogliby dawać więcej odpoczynku podstawowym podkoszowym, bo występy na arenie międzynarodowej są im nieobce. Nic dziwnego, że Lampemu w końcu przytrafił się fatalny występ (skuteczność 2/15 z gry). Miał prawo czuć się zmęczony...

Ostatni, choć wcale nie najmniej ważny grzech - Griszczuk w połowie rywalizacji pozwolił na wyjazd Pawła Turkiewicza. Asystent pojechał przygotowywać do sezonu Polpharmę Starogard Gdański. Sztab szkoleniowy ograniczył się właściwie do jednego człowieka. Podobnie było z trenerem przygotowania fizycznego, który najpierw został odesłany do domu, a potem wezwany z powrotem. Trudno się dziwić, że zawodnicy zareagowali na taką sytuację ... zdziwieniem.

piątek, 11 czerwca 2010

Co przyniosła ślina Gortata Marcina?

- You saw me the first two months of the season when I was totally mentally broken. I wasn’t able to play and perform at the highest level. So I am really considering quitting this year, if I am going to have the same results next year - brzmiała wypowiedź Marcina Gortata dla strony Orlando Magic dotycząca występów w kadrze. Czyli po prostu: Gortat poważnie rozważa rezygnację z kadry.

I nagle okazuje się, że wcale nie o to Gortatowi chodziło. - Bardzo chcę pomóc reprezentacji podczas eliminacji do mistrzostw Europy. Moja wypowiedź dla oficjalnej strony Orlando Magic została trochę źle zrozumiana. Mówiąc o odpoczynku nie miałem na myśli rezygnacji z gry w reprezentacji Polski, tylko o zmęczeniu, jakie występuje po przygotowaniach do EuroBasketu, samych mistrzostwach Europy i długim sezonem w NBA - tłumaczy Gortat.

Nie wiem, czy autor wywiadu dla strony Magic przekręcił wypowiedź Gortata. Nie sądzę, by tak było, choć nie wykluczam.

Zastanawiające jest jednak co innego - który to już raz wypowiedzi Gortata powodują jakąś sprzeczność? Podczas EuroBasketu pisałem, że Gortat zaprzeczał sam sobie mówiąc o reprezentacji Serbii. Minęło kilka miesięcy i co? I np. całkiem niedawno Gortat stwierdzil w jednym z wywiadów, że w finale Konferencji Wschodniej jego Magic zagrają z Cleveland Cavaliers. A w innym wywiadzie powiedział, że rywalem będą Boston Celtics. Nikt nic nie przekręcił, wszystko jest nagrane.

Mam wrażenie, że albo Gortat nie zastanawia się nad wypowiedziami i mówi, co mu ślina na język (a czasami pisze na Twitterze) przyniesie. Albo po prostu mówi to, co rozmówca chce usłyszeć. W Orlando chcieli usłyszeć, że rozważa rezygnację z kadry. W Polsce, że chce grać w kadrze.

I jedno, i drugie wytłumaczenie nie świadczą o nim dobrze...

czwartek, 11 lutego 2010

Waldemar Chomik a sprawa polska

We wtorek Przegląd Sportowy (a konkretnie mój kolega z biurka obok Rafał Tymiński) poinformował na swoich łamach, że Valdemaras Chomičius ma być trenerem reprezentacji Polski.

Tak kiedyś wyglądał Chomicius, świetny koszykarz wielokrotny medalista ME, MŚ, IO:



A tak wygląda teraz Chomicius, trener UNIKS-u Kazań:



W przeciwieństwie do poprzednich pomysłów PZKosz tym razem nie ma żadnych przeszkód. Prezes Roman Ludwiczuk chce tego trenera, on sam jest chętny. Nie ma przeszkód formalnych, bo Ludwiczuk zadbał nawet o zgodę litewskiej federacji. Takowa była potrzebna, bo pan Waldemar Chomik wstępnie zgodził się na bycie asystentem Kestutisa Kemzury w ojczystej kadrze. Sprawa jest prosta. Jeśli Ludwiczuk oficjalnie zapyta Chomičiusa, to dostanie odpowiedź pozytywną. Na razie Ludwiczuk i Chomičius rozmawiali bowiem tylko prywatnie. Dlaczego? Bo ponoć są inni kandydaci. Kto? Nie wiadomo.

Tyle faktów. Najważniejsze pytanie w obecnej sytuacji brzmi: czy chcemy, żeby pan Ludwiczuk pana Chomika oficjalnie zapytał, czyli upraszczając: czy to właściwy kandydat. Ja mam wątpliwości. Cała ta sprawa wygląda mi na coś, co przerabialiśmy już przy poprzednich poszukiwaniach trenera reprezentacji. Zwracamy się do trenera (wtedy Kemzury z Chimek) zespołu, w którym aktualnie występuje Maciej Lampe, by łatwiej namówić tego koszykarza do gry w kadrze. Nawet jeśli zatrudnienie Chomičiusa miało oznaczać przyjazd Lampego, to nie jestem przekonany, że to dobry pomysł. Lepiej zwróćmy się do Stana Van Gundy'ego z Orlando Magic. Może przywiezie ze sobą Marcina Gortata?

A tak zupełnie poważnie, to oglądałem w zeszłym tygodniu spotkanie Chomičiuso-Lampowego UNIKS-u Kazań w Pucharze Europy z Power Electronics Walencja wiedząc już, że pan Chomik jest w kręgu zainteresowań Ludwiczuka. O zgrozo, chciałoby się napisać. Gra UNIKS-u wyglądała koszmarnie. I nawet nie chodzi o wynik, ale o nieład jaki prezentowali w ofensywie. Można sobie próbować wmówić, że Łukasz Koszarek i David Logan będą lepiej panować nad sytuacją niż Terrell Lyday i Marko Popović, ale mi to - niestety - przypominało Katzurinową filozofię. Gramy, nawet na siłę, kontrą, a jak się nie da, to coś wykombinujemy. Może dobrze, że Lampe miał słaby strzelecko mecz (1/10 z gry), bo dzięki temu bylo widać, że jest kiepsko. Gdyby wpadły mu 2-3 rzuty więcej, a UNIKS na dodatek wygrał, to obraz byłby trochę zamazany. Jeśli to ma być krok do przodu w porównaniu z Mulim Katzurinem, to ... hmmm strach się bać.

Ale to tylko jeden mecz, więc jest nadzieja, że po prostu playbook trenera UNIKS-u gdzieś się zawieruszył. Przecież wcześniej wygrali m.in. z CSKA Moskwa.

P.S.
Sprawdziłem. Chomik po litewsku - žiurkėnas. Ale niech już zostanie Chomičius tym Chomikiem. Nie tylko mi od razu się skojarzył.


A na koniec sonda:


create free polls | comment on this

sobota, 19 grudnia 2009

PZKosz sobie robi jaja

Polski Związek Koszykówki czasem działa lepiej, czasem gorzej. Jak każda organizacja. Czasami można prezesa Romana Ludwiczuka krytykować, innym razem należy go pochwalić. Ale procedura wyboru szkoleniowca kadry koszykarzy nie jest tylko zła czy godna krytyki. To po prostu jakieś jaja.

PZKosz ogłosił konkurs na trenera męskiej i żeńskiej reprezentacji Polski. A jeśli jest konkurs, to zazwyczaj jest zwycięzca tego konkursu. Nie tym razem. Komisja oceniająca nie zarekomendowała żadnego z 11 (10?, 12? - ilu było ich oficjalnie?) zgłoszonych kandydatów. W uzasadnieniu można było usłyszeć, że trener kadry powinien mieć aktualne doświadczenie na europejskim poziomie i musi mieć "znane nazwisko w Europie". Komisja zapowiedziała, że rekomenduje listę swoich kandydatur.

To ja się pytam w takim razie - dlaczego w ogłoszeniu o konkursie nie było napisane nic o aktualnym doświadczeniu na europejskim poziomie? A zresztą nawet jeśli byłoby, to czy w PZKosz ktokolwiek naprawdę liczył, że trener ze "znanym nazwiskiem w Europie" wyślę pocztą lub e-mailem CV, plan pracy z kadrą i inne dokumenty? Nawet Antanas Sireika i Slobodan Subotić wyrazili ponoć tylko chęć trenowania reprezentacji. A co dopiero trenerzy, którzy aktualnie mają do czynienia "z europejskim poziomem".

Taki Joan Plaza (w poprzednich latach Real Madryt, teraz Cajasol Sewilla) też nie wysłał zgłoszenia, po prostu dał swojemu agentowi zielone światło na rozmowy z PZKosz i potwierdził, że słyszał o takiej propozycji. Z tego wynika, że propozycja ze strony PZKosz była w jego stronę wystosowana. To akurat jak najbardziej słusznie, bo tak należy szukać trenera, należy samemu wychodzić z inicjatywą. Tylko skoro propozycja dla Plazy była - i to zanim minął termin zgłaszania kandydatur do konkursu - to po co ta farsa w postaci konkursu? I dlaczego prezes Ludwiczuk mówi, że "jeżeli na liście komisji będzie trener Plaza, to najprawdopodobniej z nim będziemy się kontaktowali"?

I druga sprawa "związkowa" z ostatnich dni.

"Trener roku 2009, Koszykarska osobowość roku, Drużyna roku - objawienie roku 2009, Najlepszy młodzieżowy klub 2009, Miasto partner koszykówki męskiej 2009, Miasto partner koszykówki kobiecej 2009, Najlepszy sponsor roku w PLK, Najlepszy sponsor roku w PLKK, Najlepszy sponsor koszykówki młodzieżowej, Sponsor PZKosz, Partner medialny."

To lista kategorii, w których PZKosz wręczy nagrody za 2009 rok. Sam pomysł gali nie jest głupi. Ale termin jej ogłoszenia (niecały tydzień przed), godzina jej organizowania (gala o 13.00???) i kategorie to znowu pomyłka. Mogliśmy wyróżnić najlepszych koszykarzy, koszykarki, graczy na poszczególnych pozycjach, a będzie poklepywanie się po plecach działaczy i sponsorów. Cóż.

środa, 16 września 2009

EuroBasket: Smutna prawda o Polsce

Czy to początek lepszych czasów czy smutna prawda o polskiej koszykówki? Takie pytanie należy sobie postawić po dzisiejszej porażce z Hiszpanią na koniec EuroBasketu.

Wynik 68:90 z mistrzem świata to żadna tragedia, bo ten rywal jest od nas dwie klasy lepszy. Zajęliśmy w całej imprezie 9. miejsce ex aequo z Macedonią. Zagraliśmy po raz pierwszy od dłuższego czasu w pełnym składzie, a przynajmniej ze wszystkimi naszymi zawodnikami na europejskim poziomie (Marcin Gortat, Maciej Lampe, Michał Ignerski), a nawet dokooptowaliśmy do tego grona Davida Logana. Mieliśmy turniej u siebie i wszystko podporządkowaliśmy tej imprezie. Mimo to nie udało nam się awansować do ćwierćfinału, o czym marzyliśmy i wywalczyć kwalifikacji do przyszłorocznych mistrzostw świata. Słyszę opinie, że ta drużyna może grać tylko lepiej, jeśli nadal będzie spotykała się w tym składzie. Lampe, Gortat, Logan, Ignerski, Łukasz Koszarek będą lepiej się rozumieli i osiągną lepsze wyniki.

Nie odbieram naszym szansy na progres i chcę w to wierzyć. Ale bardziej obawiam się tego, że w eliminacjach kolejnego EuroBaskecie na Litwie znowu kogoś zabraknie i (odpukać!) skończymy jak Portugalia, który była dziewiąta w 2007 roku, a teraz ogląda mistrzostwa w telewizji. Rzecz jasna potencjał koszykówki polskiej i portugalskiej trochę się różni, ale bardzo łatwo jest wypaść z obiegu na dłuższy czas. Gdybyśmy dostali sie do czołowej siódemki, to mielibyśmy pewnie mistrzostwa świata 2010 i mistrzostwa Europy 2011. Teraz o pierwszych trzeba zapomnieć (dzika karta jest nierealna), o drugie walczyć.

Wracając do początkowego pytanie - osobiście bardziej skłaniam się przy stwierdzeniu, że ten wynik obrazuje stan polskiej koszykówki. Jesteśmy europejskim średniakiem, który nawet w bardzo sprzyjających warunkach na własnym parkiecie i wobec sporych osłabień większości rywali nie umie przeskoczyć pewnego poziomu. W ćwierćfinale nie ma zespołów przypadkowych. Wszystkie są bezsprzecznie od nas lepsze. Teoretycznie można dyskutować na temat Rosji, ale pamiętajmy, że u nich nie ma trzech najlepszych koszykarzy (JR Holden, Andrej Kirilenko, Wiktor Chriapa) i zastanówmy się, jak wyglądalibyśmy bez Logana, Lampego i Gortata. Trener Muli Katzurin po meczu z Hiszpanią jednoznacznie dał do zrozumienia, że nic więcej się nie dało osiągnąć. I ma rację. Każda wygrana więcej byłaby niespodzianką biorąc pod uwagę potencjały nasze, Słowenii, Serbii, Turcji, Hiszpanii. Cieszmy się, że Litwa przyjechała w tak kiepskim składzie i formie...

wtorek, 15 września 2009

EuroBasket: Gortat zaprzecza sam sobie

Wczoraj dopiero usłyszałem, co środkowy naszej reprezentacji Marcin Gortat stwierdził po sobotnim przegranym 72:77 meczu z Serbią. Piszę o tej sprawie dzisiaj, bo musiałem przesłuchać nagranie i upewnić się na 100%.

Zespół Serbii miał nie rzucać za trzy, a tu już w pierwszej połowie trafia sześć takich rzutów. Nie wiem, czy ktoś nas w błąd nie wprowadza z tymi raportami, ale dojdę do tego w najbliższym czasie - powiedział dziennikarzom Gortat.

Czy nasz sztab szkoleniowy nie umie prowadzić scoutingu? - zapyta większość postronnych obserwatorów. A ja się pytam - Marcinie czy masz słabą pamięć?

W piątek przed spotkaniem z Serbią razem z Maćkiem Kwiatkowskim z Wirtualnej Polski rozmawialiśmy z Marcinem o najsilniejszych stronach naszych rywali (treść była w PS, a w necie jest tutaj na WP). Gortat zauważył m.in.: Trzeba zatrzymać zawodników obwodowych, którzy rzucają za trzy jak nakręceni.

Może nasz mistrz kontaktów z mediami chciał kontynuować swoje przedstawienie i dać pożywkę dziennikarzom i trochę się zagalopował? Inaczej tego wytłumaczyć nie potrafię.

poniedziałek, 14 września 2009

EuroBasket: Ciągle krok za Słoweńcami

To trzecie kolejne zmagania o mistrzostwo Europy (dwa turnieje i jedne eliminacje), w trakcie których nie potrafimy sobie poradzić ze Słowenią. Niby jest to zespół nie z grona tych najlepszych na naszym kontynencie, nie zdobywa medali na największych imprezach, ale dla nas ciągle jest za silny. Pierwszy europejski szereg to Hiszpania, Francja, Grecja, Litwa (chociaż nie w tym roku). Słoweńcom do tego grona trochę zawsze brakowało. A nam brakuje do nich...

W 2004 roku w eliminacjach we Wrocławiu zespół prowadzony przez Andrzeja Kowalczyka uległ Słowenii 71:80. U nas występowali z obecnego składu Krzysztof Roszyk, Michał Ignerski, Marcin Gortat, Maciej Lampe. W zespole rywali Jaka Laković, Bostjan Nachbar, Primoz Brezec, a także Beno Udrih, którego z tegorocznego EuroBasketu wyeliminowała w ostatniej chwili kontuzja.

W 2007 roku na mistrzostwach w Hiszpanii drużyna trenera Andreja Urlepa przegrala ze Słowenią 52:70. W polskiej ekipie z uczestników imprezy tegorocznej byli Robert Witka, Robert Skibniewski, Adam Wójcik, Szymon Szewczyk, Łukasz Koszarek. W słoweńskiej - Laković, Goran Dragić, Uros Slokar, Jaka Klobucar, Goran Jagodnik, Domen Lorbek i Erazem Lorbek.

Teraz przegraliśmy 60:76 w meczu, który jako żywo przypominał ten sprzed dwóch lat. Twardy początek, a potem niemoc strzelecka. Niby nasz zespół jest zdecydowanie silniejszy od poprzednich dwóch, a Słoweńcy poważnie osłabieni (Rasho Nesterović, Beno Udrih, Matjaz Smodis, Sasza Vujacić), ale nadal są krok lub dwa przed nami. Dlaczego? Pomijając już wszystkie kwestie szkolenia w obydwu krajach - sprawa jest prosta: skład Słowenii (i większości ekip) ewoluuje powoli z roku na rok. Nasz obecny został zebrany niemalże z łapanki - Maciej Lampe z Marcinem Gortatem nie grali razem od kilku lat, David Logan większość zawodników zna od niedawna i tak można wymieniać dalej. Czego nam potrzeba? Niby cierpliwości. Tyle tylko, że taki turniej jak obecny powinniśmy rozegrać w 2007 roku budując i sprawdzając zespół na 2009 na EuroBasket w Polsce. A nie w 2009 w Polsce sprawdzać zespół na 2011 rok na Litwę...

sobota, 12 września 2009

EuroBasket: Dziwne tłumaczenie Katzurina

Polacy przegrali z Serbią 72:77 i mają nóż na gardle przed meczem ze Słowenią. To spotkanie pokazało jednak ważną rzecz - nasi rezerwowi wcale nie są tak źli, by z nich nie korzystać. Co na to trener Muli Katzurin? Tłumaczy się ciekawie...

W trzeciej kwarcie było 66:50 dla rywali, a na parkiecie pojawili się Łukasz Koszarek, Michał Chyliński, Krzysztof Roszyk, Szymon Szewczyk wzmocnieni Marcinem Gortatem. Koszarek i Szewczyk poderwali drużynę w ataku, Roszyk i Chyliński świetnie bronili przeciwko obwodowym koszykarzom Serbii. A nawet jeśli nie świetnie, to o wiele lepiej niż David Logan i Michał Ignerski, którzy mieli problemy także z powodu różnicy w centymetrach. Logan (184 cm) był za niski, a Ignerski (207 cm) za wysoki. Chyliński (195 cm) i Roszyk (200 cm) lepiej pasowali do Urosa Tripkovicia (195 cm), Milenko Tepicia (198 cm), Stefana Markovicia (191 cm) czy Milosa Teodosicia (195 cm). Biało-czerwoni zniwelowali straty do dwóch punktów, ale więcej nie dali rady zdziałać. Zmiennicy się zmęczyli, a Ignerski, Logan i Maciej Lampe wrócili na boisko dopiero w ostatniej minucie.

Spytałem trenera, czy ten mecz nie pokazał czasem, że możemy grać używając dziewięciu zawodników, a nie sześciu czy siedmiu i czy tak będzie w kolejnych spotkaniach. Odpowiedział brzmiała następująco: To nie pierwszy raz, gdy rezerwowi odrabiają taką dużą stratę. Tak było np. w towarzyskim meczu z Chorwacją w Bambergu. Mamy dobrych rezerwowych, ale wszystko zależy od sytuacji w danym spotkaniu. Jeśli podstawowa piątka gra dobrze, to nie ma potrzeby jej zmieniać.

Dla mnie to tłumaczenie "trochę" dziwne. Wynika z niego, że jeśli drużynie idzie, prowadzi i gra dobrze, to pierwsza piątka powinna przebywać na parkiecie 40 minut. Może trochę przejaskrawiam, ale tak można to rozumieć. Katzurin nie bierze w ogóle pod uwagę zmęczenia. Wygląda to tak, jakby chciał niczym w grze NBA Live wyłączyć w ustawieniach opcję "Fatigue", by zawodnik był ciągle w 100-procentowej dyspozycję.

A może ja czegoś tu nie rozumiem? W końcu nie jestem przecież trenerem :-)
P.S.
Polecam szósty odcinek serii Wokół EuroBasketu na sports.pl. Moim zdaniem najlepszy :)

czwartek, 10 września 2009

EuroBasket: Dla kogo jest catering?

Sporo kontrowersji wywołuje kwestia cateringu dla mediów podczas mistrzostw Europy. Ostatnio przeczytałem opinię, że skoro dziennikarze tak narzekają, to widać po co przychodzą na mecze - najeść się. A przecież nie o to w całej sprawie chodzi.

Można sobie żartować z tej sytuacji, ale to wcale nie jest zabawne. Przekąski i napoje to rzeczy, które powinny być przez organizatorów dostarczane w ilościach wystarczających dla wszystkich, którzy są tam obecni. I wcale nie chodzi tu o mnie i innych Polaków. My się z tego pośmiejemy i tyle. A podstawowym problemem jest zagraniczny dziennikarz. On przychodzi na halę, ogląda mecz, w przerwie chce coś przekąsić, bo po spotkaniu będzie musiał szybko biec do strefie mieszanej porozmawiać z zawodnikami, po czym napisać teksty lub zmontować nagrania. Potem drugie spotkanie i ten sam scenariusz. Jeśli w przerwie gość z Hiszpanii, Litwy czy Francji nie znajdzie żadnej przekąski, kawy czy chociażby wody, to jest głodny. Jeśli jest głodny, to jest wkurzony. Jeśli jest wkurzony, to pisze o tym wszystkim w swoich mediach. A wizerunek Polski i naszego EuroBasketu bardzo na tym cierpi odstraszając w jakiś sposób potencjalnych kolejnych gości z tych krajów. To bardzo prosty ciąg przyczynowo-skutkowy, a organizatorzy albo o nim zapomnieli albo nie mają na to fundusze. Tylko na co oni wydają pieniądze wpłacone przez poszczególne miasta? To pytanie stawiają sobie np. w Poznaniu.

Nie widziałem jak było w Gdańsku, Poznaniu czy Warszawie, ale słyszałem, że na podobnym poziomie jak we Wrocławiu. Kawa i herbata - w miarę ok. Zimne napoje - kiepsko. Przekąski - tragedia. Kanapek nie napotkałem ani razu, ale ktoś tam mówił, że się pojawiały. W środę rzucono na stół (niemal dosłownie) kilkanaście paczek paluszków. Coś na ciepło - raz na dłuższy czas przychodziły dwie panie, ustawiała się długa kolejka i można było dostać kilka klusek. Zresztą w okolicy miejsc dla kibiców, gdzie można zakupić jedzenie było jak na lekarstwo - budka z zapiekankami, stoisko KFC i jeden ogródek piwny. Wszystkie dość daleko od strefy mediów. Już to widzę jak jakiś Litwin biegnie po zapiekankę na drugą stronę hali i czeka tam w kolejce w przerwie spotkania Litwa - Polska.

Jak wygląda dobry catering? Byłem w Berlinie na Final Four Euroligi i mam bardzo pozytywne wrażenia odnośnie organizacji. Wszystko przygotowane świetnie. Jak tam to wyglądało w kwestii jedzenia? Praktycznie nie brakowało go na stołach, a Grecy potrafią być bardzo łapczywi i łakomi zjadając szynkę już z tacy niesionej przez kelnera :-) Chleb, a do tego wspomniana szynka, ser, dżem, nutella - do wyboru co kto lubi. Mnóstwo owoców - banany, jabłka, pomarańcze, a także placek i w porze obiadu (a raczej obiadokolacji) ciepła zupa. Lodówka cały czas pełna napojów, do zamówienia kawa i herbata. A na dodatek obok trybuny medialnej trzy stanowiska (dla kibiców także), w których sprzedawano hot-dogi, kawę, ciastka itd.

Wyobrażam sobie, jaką opinię miałbym o Eurolidze i Berlinie, gdybym musiał uczestniczyć w sprincie po wodę mineralną i stać w kilkunastometrowej kolejce po trzy kluski z plastikowym talerzykiem niczym pensjonariusz schroniska dla bezdomnych...

środa, 9 września 2009

EuroBasket: Dzień pochmurny

Po dwóch dniach słonecznych przyszedł jeden pochmurny. Polscy koszykarze wysoko przegrali z Turcją na zakończenie pierwszej rundy EuroBasketu. Co się stało? Rywale po prostu świetnie wiedzieli jak gramy i umieli wyeliminować nasze atuty.

Oczywiście w pewnym stopniu powodem niepowodzenia było też zmęczenie. W poprzednich dwóch spotkaniach podstawowa piątka spędzała na parkiecie bardzo dużo czasu - Marcin Gortat i Maciej Lampe blisko 40 minut. Może dlatego Gortat tak łatwo dawał się oszukiwać pod koszem Omerowi Asikowi, młodemu, utalentowanemu srodkowemu Fenerbahce Ulker Stambuł. Jego przynależność klubową od wczoraj znam na pamięć, bo spotkałem dwóch kibiców tej właśnie drużyny, którzy grzecznie, ale stanowczo wytłumaczyli mi, że Turcja wygra dzisiaj wysoko. Dobrze, że w ogóle chcieli rozmawiać, po tym jak kolega widząc tureckie barwy przywitał ich przyśpiewką dotyczącą Galatasaray. A jak wiemy oba stambulskie zespoły lubią się tak bardzo jak Śląsk Wrocław i Anwil Włocławek. Przy okazji warto dodać, że więcej przedstawicieli Turcji nie dało się zauważyć w przeciwieństwie do Litwinów, których były dziesiątki. I wszyscy przyznawali, że ich trener Ramunas Butautas do niczego się nie nadaje.

Wracając do tematu - wspomniany Asik zaskoczył tak świetną grą przeciwko Gortatowi, ale jego wcześniejsze poczynania w sparingach już były dobrym proroctwem przed EuroBasketem. Można było się spodziewać, że ten turniej będzie dla niego udany. O ile w ataku robił z Gortatem co chciał, to w defensywie podkoszowi tureccy mieli z naszym środkowym duże problemy. Podpowiedzi przyjaciela Marcina z Orlando Magic, Hedo Turkoglu na niewiele się zdały. Zresztą tak samo wyglądała sytuacja w drugą stronę. Gortat i jego koledzy dobrze wiedzieli, czego się spodziewać po Turkoglu, a mimo tego Turek pozbawił nas złudzeń w czwartej kwarcie. Dużo krzywdy zrobił nam też Ersan Ilyasova - zupełnie tak jak przewidywałem to po meczu Polska - Izrael i problemach biało-czerwonych z bardzo podobnym do Ilyasovy Liorem Eliyahu. Czy w zespole Serbii, Słowenii, Hiszpanii jest ktos podobny do nich stylem gry? Hmm, na szczęście nie, no może Novica Velicković?

Największym naszym problemem była jednak nie obrona, a ofensywa. Turcy kompletnie ograniczyli grę Polaków z kontrataku. Nie pozwolili im robić tego, co przynosiło efekty w spotkaniach z Litwą i Bułgarią. Nasi w ten sposób zdobyli zaledwie 4 punkty. Nie mogąc szybko biegać do kontry, trzeba było szukać innych rozwiązań. "Najprostszym" była próba wykorzystania naszych podkoszowych. Tyle tylko, że rywale byli przygotowani na to, że Marcin Gortat i Maciej Lampe będą dostawać dużo piłek do gry 1 na 1. O ile Gortat jeszcze robił dużo dobrego w ataku przez całe spotkanie, to Lampe zdobył większość swoich punktów po przerwie. Także dlatego, że szybko popełnił dwa przewinienia i usiadł na ławce rezerwowych. Zawiodła nas też skuteczność z dystansu. Do 19 minuty trafiliśmy tylko 2 z 11 prób, a wtedy przewaga Turcji była już kilkunastopunktowa. W drugiej połowie w ważnych momentach nasi mylili się na obwodzie. To takie przypomnienie starej koszykarskiej prawdy, że "trójkami" meczów się nie wygrywa...
P.S.
Na koniec tradycyjnie zapraszam na kompletnie niepowazne Wokół EuroBasketu.

wtorek, 8 września 2009

EuroBasket: Czy ktoś wierzył w 2-0?

Chyba nie ma przyjemniejszej rzeczy niż zwycięstwo z drużyną reprezentującą kraj, w którym każdy żyje koszykówka, a ta dyscyplina jest bez wątpienia narodową. Nawet jeśli Litwini byli poważnie osłabieni, to i tak jest tam tylko świetnych graczy, że ich pokonanie jest niesamowitym sukcesem. Największym sukcesem od wielu lat.

Gdyby ktoś przed turniejem powiedział mi, że po dwóch dniach rywalizacji we wrocławskiej grupie Polska będzie miała bilans 2-0, a Litwa 0-2, to brałbym to w ciemno. Tym bardziej, że kilka dni temu Litwa ograła przecież w świetnym stylu Hiszpanię. Tyle tylko, że tamten mecz rozgrywała w roli gospodarza, a takim przecież ściany pomagają. My dobrze o tym wiemy, bo Hala Stulecia w stolicy Dolnego Śląska była bez wątpienia szóstym zawodnikiem biało-czerwonych. Po poniedziałkowych spotkaniach można było mieć wątpliwości, czy polscy kibice sobie poradzą z dopingiem mając naprzeciw siebie olbrzymią rzeszę przybyszów z Litwy. Poradzili sobie świetnie. Brawo.

Jest bardzo dobrze, ale mogłoby być jeszcze lepiej. Bo przecież rotacja naszej drużyny nadal jest wąska, a podstawowi zawodnicy przebywają na parkiecie po 40 minut. Maciej Lampe czy Marcin Gortat mają prawo czuć się zmęczeni. Ten pierwszy w trzeciej kwarcie prosił dzisiaj o zmianę, a środkowy Orlando Magic śmiał się, że przed kolejnym spotkaniem wypije kilka Red Bulli i wyjdzie na parkiet. On teoretycznie jest przyzwyczajony do dużej intensywności, bo w NBA grywa co dzień lub dwa. Ale przecież tam wychodzi na boisko na kilka, kilkanaście minut. Tu musi biegać przez całe spotkanie. Czy jego organizm sobie z tym poradzi? To może być duży problem trenera Muliego Katzurina, bo pierwsza piątka będzie bardzo wyeksploatowana, a rezerwowym będzie brakować ogrania. Z zespołów z naszej połówki drabinki tylko my mamy taką sytuację. Litwini, Hiszpanie, Słoweńcy, Serbowie, nawet Brytyjczycy często się zmieniają. Nawet kosztem tego, że gracze zastępujący podstawowych prezentują niższy poziom.

Jutro czeka nas konfrontacja z Turcją i patrząc teraz na grę tej drużyny można się przestraszyć. Bułgarię właśnie demoluje, a Ersan Ilyasova i Hedo Turkoglu robią, co chcą z piłką i rywalami. Z drugiej strony nikt tutaj nie zna Hedo tak dobrze jak Marcin Gortat, co udowodnił opowiadając kilkadziesiąt minut temu o wszystkich jego silnych i słabych stronach. Czy to wystarczy? Pokonanie Turków byłoby o tyle ważne, że do drugiej rundy weszlibyśmy z dwoma zwycięstwami i bylibyśmy niemal pewni miejsca w ćwierćfinale. Ufff.... Sam nie wierzyłem jeszcze niedawno, że będziemy teraz snuli takie rozważania.
P.S.
Tradycyjnie zapraszam na Wokół EuroBasketu na sports.pl

poniedziałek, 7 września 2009

EuroBasket: Plecy Szubargi pomogły Koszarkowi

Nie popadajmy w euforię - to najważniejszy wniosek po meczu Polski z Bułgarią na inaugurację EuroBasketu. Wygraliśmy, ale to nasz najsłabszy rywal w pierwszej rundzie. Co jeszcze jest istotne? Dobrze turniej rozpoczął Łukasz Koszarek, ale dopingu możemy uczyć się od Litwinów.

Cieszy zwycięstwo (90:78), ale jest jedna niepokojąca rzecz. Dekoncentracja. W czwartej kwarcie Polacy stracili 10 punktów z rzędu i Bułgarzy prawie nas dogonili. W meczu z Litwą bądź Turcją taka chwila słabości może skończyć się dla nas bardzo, bardzo źle. Na szczęście zarówno zawodnicy, jak i trener Muli Katzurin znakomicie zdają sobie z tego sprawę. Może problemem był brak sił? W końcu prawie cały mecz graliśmy pierwszą piątką, a zmiany izraelski szkoleniowiec robił rzadko. Przyznał potem, że za wszelką cenę chciał wygrać pierwsze spotkanie, a w kolejnych dniach będzie próbował rozszerzyć rotację. Musi to zrobić, bo dzisiaj przeciez ani na minutę na boisku nie pojawił się Adam Wójcik, a epizody zaliczyli Robert Witka oraz Szymon Szewczyk. Widać wyraźnie na kogo najbardziej liczy Katzurin - David Logan, Michał Ignerski, Marcin Gortat, Maciej Lampe.

A tym piątym z podstawowego składu był Łukasz Koszarek. Paradoksalnie może się okazać, że uraz pleców Krzysztofa Szubargi bardzo pomógł jego konkurentowi na pozycji rozgrywającego. "Koszar" chyba tylko przez niedyspozycję "Szubiego" dostał sporo minut i dzięki temu dobrze wszedł w turniej. 8 punktów, 7 zbiórek, 7 asyst - robił wszystko, czego oczekujemy od niego. Nie potrzebujemy wielkich zdobyczy punktowych naszych playmakerów. Mają asystować kolegom, organizować grę, napędzać kontrataki. I to właśnie robił w poniedziałek Koszarek. Szczególnie ta ostatnia rzecz to duży pozytyw. W sparingach często można było mieć do niego pretensje, że wolno rozpoczyna akcje Polaków.

Przed spotkaniem z Bułgarią można było mieć obawy, jak spisze się nasza publiczność. Było głośno. Podczas hymnu było nawet poruszająco, bo cała hala wstała i podniosła do góry biało-czerwone szaliki. Ale w kwestii organizacji dopingu możemy uczyć się od Litwinów. Oni zajęli 1/3 hali podczas drugiego dzisiejszego spotkania i dzięki kilku bębnom dobrze skoordynowali swoje działania. Wśród Polaków brakowało takiej grupki dowodzących wspólnymi śpiewami. Cóż, nie jesteśmy przyzwyczajeni do kibicowania koszykarzom, skoro tak rzadko grają w naszym kraju. A Litwini jeżdzą za swoimi pupilami od dłuższego czasu, bo to ich sport narodowy i odnoszą w nim mnóstwo sukcesów. Można tylko mieć nadzieję, że u nas też to tak będzie wyglądało za kilka lat...
P.S.
Polecam przy okazji sports.pl i relacje szalejącego reporterta. Wokół EuroBasketu, nie do końca poważnie - odcinek 1.

EuroBasket: Zaczyna się..

Czujecie to? EuroBasket w Polsce już za kilka godzin stanie się faktem.

Szczerze mówiąc myślałem, że przed inauguracją będę bardziej poddenerwowany. Może to nasz pierwszy rywal, czyli Bułgaria nie wzbudza aż takich dużych emocji? Chociaż przecież teoretycznie powinno być odwrotnie. To przeciwnik, którego musimy pokonać, a porażka będzie oznaczała wielką klapę i sytuacja, z której ciężko będzie wybrnąć. Jeśli przegramy, to trzeba będzie pokonać Litwę (która ma za sobą mnóstwo kibiców) i Turcję, czyli zdecydowanie silniejszych rywali.

Nie ma co jednak martwić się na zapas, tym bardziej, że patrząc na Polaków można mieć optymistyczne myśli. Rzecz jasna nie aż tak bardzo jak Marcin Gortat, który stwierdził, że on i jego koledzy rozpoczynają drogę ku historii i wspominał o mistrzostwie. Pisałem parę dni temu, że nasz jedynak w NBA świetnie radzi sobie w kontaktach z mediami, ale teraz mam wrażenie, że trochę przesadza. Oczywiście, jeśli biało-czerwoni osiągną jakiś wielki sukces, to będzie mógł powiedzieć, że już wcześniej wierzył w zespół. Ale jakże inaczej brzmią jego wypowiedzi od jednego z liderów Bułgarów, Filipa Widenowa. On z kolei przyznał, iż nie wie, co się wydarzy i po prostu chce awansować do drugiej rundy. Z Polaków bije duża pewność siebie. Szczególnie z Gortata, ale inni też wyglądają na pozytywnie nastawionych do tej imprezy. Oby nie musieli po meczach chować głowy w piasek...

Co muszą Polacy dzisiaj zrobić w meczu z Bułgarią, by zwyciężyć? Przede wszystkim nie pozwolić przeciwnikom "wstrzelić" się z dystansu. Jeśli nie rzutami z obwodu Todora Stojkowa, Filipa Widenowa, braci Iwanowów, to czym ma ewentualnie wygrać zespół Piniego Gershona? Wielu atutów nie ma, a ja liczę, że Marcin Gortat i Maciej Lampe zdominują grę pod koszem i nie będziemy musieli bardzo polegać na Davidzie Loganie i jego indywidualnych akcjach.

Swoje uwagi będę zamieszczał też na bieżąco na Twitterze, ale nie tak często, jak w przypadku meczów towarzyskich, których nie pokazywała TVP. Zapraszam też na Sports.pl, PolskiKosz.pl, do kupowania Przeglądu Sportowego i odwiedzania tego bloga. Podczas EuroBasketu codziennie co najmniej jeden nowy wpis.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Gortat - mistrz kontaktów z mediami

Nie ma w polskim sporcie chyba innego zawodnika, który tak świetne kierowałby swoim medialnym wizerunkiem jak Marcin Gortat. To wcale nie jest przesada. Środkowy Orlando Magic i naszej kadry wie, jak zachować się, by było o nim głośno. Wie co i kiedy ma powiedzieć.Nie bez przyczyny trener Muli Katzurin nazywa go rzecznikiem naszej kadry.

Przykłady? Bardzo proszę. Konferencja prasowa Gortata podczas organizowanego przez niego campu w Łodzi. Opowiada o tym, jak będzie wyglądała przyszłość wspieranego przez niego ŁKS-u. "Władze miasta oczywiście też nam pomogą" - stwierdza tworząc w świetny sposób presję na obecnych na sali przedstawicielach łódzkiego magistratu. Nawet jeśli nic mu jeszcze nie obiecali, to powstają pozory, jakby taka decyzja już zapadła. I jak w tej sytuacji mają się wycofać? Jak odmówić pomocy, skoro najsłynniejszy sportowiec z tego miasta daje niejako bezinteresownie pieniądze z własnej kieszeni?

2008 rok. Jeden z przegranych meczów towarzyskich polskiej reprezentacji poza granicami kraju. Nieistotne, które to spotkanie, ale ciekawa scenka rozgrywa się ponoć po nim. Gortat sam zgłasza dziennikarzowi: "napisz, że biorę tą porażkę na siebie". Frustracja? Raczej nie. Prędzej chęć pokazania, że zależy mu na tej reprezentacji, co było bardzo ważne, bo przecież pojawił się w niej po dłuższej przerwie.

Przegrany 83:88 mecz z reprezentacją Hiszpanii w Saragossie. Kilku polskich dziennikarzy czeka pod szatnią na zawodników. Mimo porażki wszyscy - nawet Maciej Lampe, który zagrał fatalnie - wypowiadają się dla mediów. Odmawia tylko David Logan. A Gortat rzuca krótkie "nie ma nic do powiedzenia". Jak to? Ten gadatliwy, chętnie opowiadajacy o koszykówce i nie tylko człowiek nie ma nic do powiedzenia po takim spotkaniu? Nie ma, bo wie, ze samo takie stwierdzenie to już duże pole do interpretacji dla piszących w gazetach i je czytających. Ludzie będą się zastanawiać, o co mu chodziło, a w mniejszym stopniu zainteresuje ich to, co przez kilka minut opowiadał np. Krzysztof Szubarga.

31 sierpnia 2009. Otwarty trening kadry. Po treningu wokół niego tłoczy się najwięcej przedstawicieli prasy. Tym razem Gortat nie mówi, że nie ma nic do powiedzenia. Wie, że zostałoby to odebrane jako zachowanie gbura. Żartuje, skrywa się przed fotografami za ręcznikiem sugerując, że to będzie fajne zdjęcie. Opowiada kolejne ciekawe historie ze swojej kariery koszykarskiej. A mogłoby się wydawać, że już wszystko nam zdradził. Tak to wygląda przynajmniej, gdy się słucha niektórych innych zawodników w kółko mówiących to samo. Gortat wygląda na człowieka, który dawkuje nam swoje historyjki. Najwyraźniej specjalnie.

Gortat zapowiedział na łamach mediów, że stać nas na medal na EuroBaskecie. To byłby oczywiście wynik ponad stan i jestem przekonany, że Gortat o tym wie. Kibice piszą komentarze: "Zwariował". Nie zwariował. Świadomie stawia wysoko poprzeczkę. Dobrze wie, że biorąc pod uwagę nasz potencjał realnie sukcesem byłby ćwierćfinał. Ale patrząc globalnie na nasze drużynowe dyscypliny, to dobre osiągnięcie to medal. Wystarczy spojrzeć na piłkarzy ręcznych i siatkarzy. Jak przy ich wynikach można wmówić społeczeństwu, że np. 8. miejsce jest przyzwoitym wynikiem? Trzeba iść na całość. Jeśli największa gwiazda naszej kadry mówi o medalu, to przyciąga zainteresowanie mediów.

Logan a Barcelona

Wracając z Saragossy z meczów naszej reprezentacji mieliśmy ze współtowarzyszami „trochę” czasu na przedyskutowanie najróżniejszych kwestii. Jednym z wątków, jakie się pojawiły było porównanie Davida Logana z Juanem Carlosem Navarro, niekoniecznie na bazie ostatniego przegranego 83:88 meczu z Hiszpanią. A konkretnie czy Logan poradziłby sobie w Barcelonie?

Jeden z kolegów (ale akurat nie Łukasz Cegliński) stwierdził, że różnica w umiejętnościach pomiędzy wymienioną dwójką (i w zasadzie w większości przypadków, gdy porównujemy kogoś tanszego do zarabiającego 10 razy więcej) nie jest wielka, ale Navarro ma ten atut, że występuje w lepiej zorganizowanym zespole, a koledzy bardzo ułatwiają mu zadanie. I w zasadzie, gdyby zamienić obu tych zawodników miejscami, to Logan byłby w Barcelonie równie skuteczny. A Navarro miotałby się w Prokomie niczym nasz amerykański Polak.

Opinia ta jest według mnie bardzo ryzykowna. Zacznijmy od tego, że jednak ktoś temu Navarro pozwala grać w Barcelonie. Można upierać się, że to dlatego, iż jest Katalończykiem itd. Ale to zakłamywanie rzeczywistości. Niby obaj są podobni, bo to typowi rzucający obrońcy, ale różni ich sporo. Przede wszystkim to jak Navarro uwalnia się po zasłonach, jak robi krótkie zwody i jak wybiera pozycje rzutowe. Poezja. Tzw. shooting selection w wykonaniu Logana to często koszmar. Moze jest tak ze względu na wolną rękę od trenera, ale jeśli w Barcelonie miałby pełnić taką rolę jak Navarro, to skończyłoby się podobną samowolką. To zresztą totalna abstrakcja, bo nikt by mu takowej pozycji w zespole blaugrana nie zapewnił, nawet gdyby podpisano z nim kontrakt.

Niższa skuteczność Logana na pewnym poziomie rywalizacji bierze się także z tego, jak składa się do rzutu. Ruchy Navarro, podobnie jak większości snajperów o tej klasie, są praktycznie zawsze takie same i niezwykle charakterystyczny. W przypadku Logana bardzo często mamy do czynienia z rzutami „off balance”. Takie zagrania są elementem umiejętności koszykarskich, ale niekoniecznie przy wyjściu na pozycję na obwodzie i natychmiastowym rzucie. Styl Logana można skojarzyć z jego osobą, lecz głównie z tego powodu, że pisząc obrazowo jego nogi „dyndają” na różne strony. Przy obronie na najwyższym światowym poziomie powtarzalność ruchów u strzelców jest bardzo istotna.

Jeszcze jedna rzecz padła w naszej dyskusji. Dotyczyła końcówki meczu Hiszpania - Polska. Navarro trafił wtedy za 3, Loganowi się nie udało. Szczęście? Przecież tamtemu mogło nie wpaść, a naszemu tak. Mogło. Ja też tam się znaleźć przypadkiem i trafić raz na milion przypadków. Tyle tylko, że prawdopodobieństwo skuteczności takiego rzutu w wykonaniu Navarro jest większe niż w przypadku Logana. Dlaczego? Patrz m.in. poprzedni akapit.

A wy jak uważacie? Czy Logan poradziłby sobie w Barcelonie? :)


create free polls | comment on this

czwartek, 27 sierpnia 2009

Polacy chcą wygrywać!

Brawo! Polska reprezentacja rozegrała w Saragossie znakomity mecz. Przegrała 83:88 z Hiszpanią, ale to mistrz świata i wicemistrz olimpijski. Spodziewaliśmy się przecież pogromu, a w końcówce nawet prowadziliśmy. A najwazniejsze, ze naszych to nie zadowala.

Cieszy mnie postawa naszych zawodników, ale na wstępie trzeba zaznaczyć - sam wynik znaczy w kontekście mistrzostw Europy tyle co porażka z Macedonią. Czyli nic. Musimy wygrywać we wrześniu. Ale oczywiście po tak wyrównanym spotkaniu z głównym faworytem EuroBasketu w polskiej ekipie można znaleźć mnóstwo pozytywów na przyszłość. Najważniejszy jest taki, że nie potrzebujemy wielkich meczów Macieja Lampego i Marcina Gortata, by grać dobrze. Dzisiaj ten pierwszy nie zdobył punktu, drugi w ataku też nie szalał. A mimo to walczyliśmy z gospodarzami jak równy z równym.

Świetnie zaprezentował się Michał Ignerski, któremu występy w kraju, w którym mieszka od trzech lat pozwoliły odnaleźć dobrą formę. David Logan kręcił rywalami jak wiatrakami wzbudzając liczne owacje kibiców. Krzysztof Szubarga nie przestraszył się Ricky'ego Rubio i wypadł lepiej od niego. Gdy w końcówce publiczność starała się pomóc Hiszpanom, uciszył ją trójką w ostatniej sekundzie akcji. I największe zaskoczenie - Łukasz Koszarek. Patrząc na wcześniejsze jego występy wydawało się, że z takim przeciwnikiem nie może zagrać dobrze. Brakowało mu pewności siebie, a w konfrontacji z najlepszą drużyną w Europie każdy mógłby mieć problem z trzęsącymi się rękami. Tymczasem Koszarek wypadł znakomicie, tak jak tego oczekiwaliśmy od początku przygotowań. Poznany wczoraj kibic z Walencji powiedział mi po meczu krótko łamanym angielsko-hiszpańskim językiem: - Number fifteen very good. MVP Polonia!

Dobrym znakiem jest nie tylko gra Polaków, ale ich podejście do wyniku. Nie byli zadowoleni, że powalczyli z Hiszpanią. Byli źli, że przegrali. Szubarga narzekał, że zwycięstwa pozbawił ich jego błąd w ostatniej minucie, gdy źle krył Juana Carlosa Navarro i ten trafił za 3 punkty. Wkurzony Gortat stwierdził, że nie ma o czym rozmawiać. To pokazuje, że naszym nie brakuje ambicji i nie cieszą się ładnymi porażkami. Chcą wygrywać.