Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euroliga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euroliga. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 października 2011

Sezon 11/12: Tydzień V w 24 sekundy

17-23.10.2011

1. Tym razem moim "meczem tygodnia" (czyli jedynym oglądanym na żywo) było spotkanie 4. kolejki I ligi w Pruszkowie. Miejscowy Znicz Basket wygrał 64:56 po brzydkim widowisku, przy którym idealne wydaje się określenie "typowy mecz walki". Aż z ciekawości sprawdziłem skuteczność ataku obu stron - Znicz 0,88 punktu na posiadanie, AZS zaledwie 0,77.

2. W Pruszkowie zdarza mi się bywać od czasu do czasu od około dekady. I patrząc z takiej perspektywy robi na mnie wrażenie to, że tamtejsza hala praktycznie się nie zmieniła, gdy tymczasem obok z klepiska otoczonego kilkoma ławkami powstał wielki stadion z boiskami treningowymi. Zadziwiające.

3. Dominik Czubek, w Pruszkowie człowiek legenda, ma na oko jakieś 15 kilogramów nadwagi przy wzroście poniżej 180 centymetrów. Plus 1001 tatuaży, zawadiacki wyraz twarz i 36 lat na karku. Efekt? W 1. lidze średnio ponad 10 punktów na mecz. Nadal potrafi dzięki cwaniactwu i dobremu rzutowi przydać się na tym poziomie rozgrywek. Do tego wszystkiego mamy jeszcze lokalny folklor w postaci uwielbienia kibiców dla Czubka najlepiej wyrażający się we fladze z jego podobizną ("Legenda, która nigdy nie ma końca").


4. Patrząc tylko na statystyki i akcja-po-akcji można by przypuszczać, że tercet bohaterów Znicza to Adrian Suliński, Łukasz Bonarek i Przemysław Szymański. Tylko oni zdobywali punkty w decydującej czwartej kwarcie. Rzeczywistość jest jednak taka, że 18-letni Bonarek niestety prezentował się na tle kolegów po prostu kiepsko, a swoje 4 punkty rzucił bardzo szczęśliwie. Szymański? Liczba pudeł spod samej obręczy tak przerażająca, że zastanawiam się, czy to po prostu jego zły dzień, czy może permanentne problemy z wykończeniem akcji. Suliński? To faktycznie największy pozytyw Znicza. "Łysy" (rocznik 1989) nadużywał rzutu z dystansu, ale dał się poznać jako uniwersalna jedynko-dwójka z dobrym przeglądem pola i czytaniem gry potrafiący zdobywać punkty na różne sposoby.

5. Marek Szumełda-Krzycki - chłopak, który imponował mi jako junior powoli i z problemami rozwijał swoją karierę. Teraz chyba znalazł dobre miejsce dla siebie. Liczyłem na jego udany występ (we wcześniejszych dwóch meczach miał średnio 20.5 punktu i 5.5 asysty), wyszło inaczej. Można powiedzieć, że dostosował się do poziomu widowiska. Kilka przebłysków znamionowało jednak, że to chłopak, który mógłby grać w ekstraklasie (np. w Poznaniu).

6. Dawid Bręk w ekstraklasie już był i chyba prędko tam nie wróci, a na pewno nie po takich meczach jak środowy. Duuuże rozczarowanie koszykarzem, który w Kotwicy Kołobrzeg wydawał się kandydatem na kandydata do reprezentacji. W Pruszkowie? Mnóstwo złych decyzji, takich, które przekraczają granice między odwagą a szaleństwem. Inne rozczarowanie to Andrzej Misiewicz, kolejny niedawny ekstraklasowiec. 27 minut niemal pustego przebiegu. Był na boisku, a długimi fragmentami jakby go nie było.

7. Trener akademików Jarosław Krysiewicz zdziwił mnie jedną decyzją kadrową. Goście grali bez kontuzjowanego (oko) Michała Marciniaka mając do dyspozycji tylko jednego potencjalnego niskiego skrzydłowego Grzegorza Małeckiego. W pierwszej połowie miał m.in. 8 punktów z rzędu, ale zagrał całe 40 minut i pod koniec spotkania był już potwornie zmęczony. Nie rozumiem dlaczego nie można było zaryzykować ustawienia z trzema niższymi zawodnikami?

8. Bohaterem gości był Marcin Strzelecki, który... wprosił się na boisko. W ostatniej minucie po piątym przewinieniu Krzysztofa Jakóbczyka Krysiewicz bez patrzenia machnął ręką w kierunku ławki rezerwowych i stojących obok zmienników. Nawet nie spojrzał w tamtym kierunku. Strzelecki zdjął bluzę i wszedł na parkiet. Zdziwiony Krysiewicz próbował interweniować szybko wprowadzając Piotra Pustelnika, ale nie udało się. Zgodnie z przepisami musiał poczekać aż 26 sekund na najbliższą przerwę. Brawo Marcin Strzelecki. Tak się walczy o granie!

9. Mariusz Bacik, dawna gwiazda Znicza obecnie grająca w Kutnie, został przywitany owacyjnie, po meczu rozdał kilka autografów, ale na boisku niestety było widać, że to już nie te lata. Bacik nadal imponuje sprytem, ale niestety chyba tylko tym. Akcja w której "post-upował" Szymańskiego i został przez niego "przybity" do tablicy najlepiej to potwierdza.

10. Ciekawostka ze statystyk - w rubryce +/- jeden z graczy miał wpisane +0. Według statystyków winna jest FIBA. Za granicą mają inną matematykę?

11. Z powodu wizyty w Pruszkowie widziałem tylko ostatnią kwartę inauguracji Euroligi w wykonaniu Asseco Prokomu Gdynia. To była słodko-gorzka kwarta. Najpierw załamałem ręce widząc totalną dominację Galatasaray, potem przecierałem oczy ze zdziwienia, gdy Prokom od stanu 52:70 doprowadził do remisu, by wreszcie złapać się za głowę po popisowo przegranej końcówce. Patrząc na moment sezonu, liczbę wspólnych występów graczy Prokomu, klasę rywala itd. itp. ten wynik nie jest tragedią. Ale w kontekście walki o awans stawia Prokom w trudnej sytuacji. Teraz trzeba dwa razy pokonać Olimpiję Lublana, wygrać u siebie z UNIKS-em Kazań i postarać się o jakąś niespodziankę: u siebie z Barceloną/Montepaschi lub na wyjeździe w Kazaniu/Stambule.

12. Co mnie szczególnie ucieszyło w tym meczu? 15 punktów w 17 minut Adama Hrycaniuka. Zastanawiałem się dlaczego grał tak krótko. Lektura forum basketa sugeruje, że kiepsko radził sobie z obroną pick'n'rolla z czego brały się wolne pozycje dla Jaki Lakovicia (6/7 za 3). Niezależnie od tego należy docenić, że po raz pierwszy od 14 stycznia 2009 Polak był najlepszym strzelcem (tym razem ex aequo z Donatasem Motiejunasem) polskiej drużyny w Eurolidze. Wtedy 19 punktów w przegranym wysoko meczu w Atenach zdobył Filip Dylewicz.

13. Pomeczowy wywiad z Motiejunasem był niewątpliwie świetnym deserem do głównego dania. Zaczęło się od tego, że reporter stwierdził, iż było blisko, Motiejunas powiedział kilka zdań zaczynając od "no, it wasn't close", co reporter przetłumaczył jako "przyznaje, że było blisko". Potem pochwalił Litwina za dobry występ i świetne asysty, na co Motiejunas odpowiedział: "It's a lie. I played bad game."

14. Kenan Sipahi a.k.a. Kenan Barbarzyńca według serbskich źródeł jest dwa lata starszy niż podaje. Cóż, znając historię Ersana Ilyasovy jestem skłonny w to uwierzyć. A w tej sytuacji Sipahi nie wygląda już na megatalent przerastający rówieśników, ot po prostu talencik.

15. W zeszłym tygodniu po napisaniu, że PLK TV się nie rozwija odbyłem rozmowę z jednym z pracowników PLK, który stwierdził, że to nieprawda, bo są nowi komentatorzy, nie ma już transmisji realizowanych przez lokalne telewizje, a tak w ogóle to przecież transmisji jest więcej. Zgadza się, ale ciągle problemem jest to, że co druga transmisja szwankuje. I trudno się dziwić, że kibice się denerwują, skoro mają taki mecz:


16. Śląsk Wrocław - bilans 0-4, dwa mecze przegrane 1 punktem. Może dobrze się stało, że Śląsk tych spotkań nie wygrał, bo wtedy obraz beznadziei zostałby zamazany. Trener Śląska Miodrag Rajković też ma już chyba dosyć niektórych zawodników. W Tarnobrzegu całą drugą połowę na parkiecie spędził 18-letni Jakub Koelner (wcześniej 13 minut w 3 meczach), a na ławce przesiedzieli Bartosz Bochno i Paul Graham. W kontekście tego wszystkiego dziwi zatrudnienie Bartosza Diduszki tylko do drugoligowych rezerw. Czy naprawdę dałby drużynie mniej niż dwaj wymienieni? Śmiem wątpić. Jeszcze dwa lata temu potrafił zdobyć w PLK 34 punkty, czego do dzisiaj nie powtórzył żaden Polak. Złośliwie można dodać, że wspomniany Bochno często potrzebuje do takiej zdobyczy około trzech miesięcy.

17. Trefl Sopot przegrał dwa spotkania w identyczny sposób (+5 w ostatniej minucie, -1 na koniec). Po meczu we Włocławku mogą mieć pretensje tylko do siebie, ale w Słupsku sędziowie nie odgwizdali ewidentnego przewinienia na Adamie Waczyńskim 8 sekund przed końcem. Wideo tutaj. W kontekście zaostrzonych przepisów dotyczących przewinień przy obronie rękami brak gwizdka w takim momencie to duży błąd. Inna sprawa - nie wiadomo dlaczego Waczyński pozbywał się piłki.

18. Tradycyjny raport rocznika 1993. W 4. kolejce 60 minut, w 5. kolejce 58, w sumie w sezonie 303. A przypominam, że nie gra kontuzjowany Przemysław Karnowski. Jak było w poprzednich latach - możecie sprawdzić tutaj.

19. Prezes PLK Jacek Jakubowski udzielił długiego wywiadu PS. Ciekawych wypowiedzi jest kilka(naście), głównym wątkiem było wycofanie Prokomu z pierwszej części rozgrywek. Moje wrażenie: że PLK w porozumieniu z PZKosz w pewnym sensie poświęciła rozgrywki ligowe dla reprezentacji wiedząc, że bez sukcesów kadry nic z dyscypliną się nie ruszy. Problemem jest to, że efekty będą trudne do zmierzenia.

20. PLK planuje zorganizowanie Meczu Gwiazd w Katowicach. Lokalizacja o niebo lepsza niż Kalisz, chociaż nie wiadomo, czy Spodek z powodu takiego wydarzenia będzie pełny. Jednym ze sposobów na przyciągnięcie kibiców ma być przyjazd byłej gwiazdy NBA z lat 90-tych. Kto to będzie? Nie mam zielonego pojęcia. Wbrew temu co możecie podejrzewać nazwisko nie padło w rozmowie z prezesem nawet poza protokołem :-) Ja mam pewne obawy, że taki przykładowy Arvydas Sabonis odciągnie uwagę od bohaterów Meczu Gwiazd, ale z drugiej strony - robimy takie imprezy w szeroko pojętym interesie koszykówki, a nie przykładowego Jermaine'a Malletta.

21. Prezes Jakubowski gęsto tłumaczy problemy z transmisjami PLK TV. Na pytanie o możliwe kary dla klubów odpowiada:

Zapis w regulaminie mówi, że musi być łączę dwa megabajty. Kluby czy też hale, w których występują kluby takowe mają, ale nieodpowiednio zabezpieczone. Okazuje się, że to trzeba będzie dopisać za rok. Ja nie jestem w stanie takich sytuacji przewidzieć, bo to sprawy techniczne.

Tymczasem w dołączonych do regulaminu Zasadach Wyposażenia Hali czytamy:

Pkt. 7.4.
Internet o przepustowości co najmniej 2Mb/s (dwa megabity na sekundę) w łączu symetrycznym (czyli taką samą pojemność na wyjściu i wejściu). Internet bezprzewodowy musi być dostępny swobodnie na miejscach prasowych oraz ławkach dla fotoreporterów oraz w Sali Pracy Mediów. Dodatkowe, wydzielone łącze symetryczne o przepustowości 2 Mb/s musi być udostępnione na potrzeby transmisji TV PLK.


Nieznajomość własnego regulaminu razi.

22. Kwestia błędu sędziów w Superpucharze. Dobrze się stało, że zostali ukarani, niedobrze się stało, że nikt tego nie wychwycił wcześniej. Prezes mówi, że nikt nie ma czasu, żeby oglądać wszystkie spotkania i liga reaguje tylko na raporty komisarzy. Ja mam wątpliwości. Wiem, że liga gra często, ale po coś jednak Wydział Sędziowsko-Komisarski został stworzony. Jeśli osoby tam pracujące nie mają czasu, to może warto zatrudnić jeszcze jedną?

23. Dostałem zaproszenie na śniadanie prasowe organizowane przez PZKosz we wtorek w hotelu Marriott. Temat rozmowy określono jako "Co z tym koszem?", czyli w zasadzie o wszystkim i o niczym. Do dyspozycji będą prezes Jakubowski, prezes Bachański, sekretarz Widomski, pan Kwiatkowski.

24. Widzieliście zagranie sezonu w wykonaniu Rudy'ego Fernandeza?



Liga hiszpańska do oglądania na żywo na Sportklubie. Nie polecam retransmisji, przerwa między trzecią a czwartą kwartą trwa z 15 minut z powodu bezczelnie wciskanego bloku reklamowo-zapowiedziowego.

sobota, 5 marca 2011

Filmowa rywalizacja NBA i Euroligi

Podczas ubiegłorocznych finałów NBA przygotowała serię mini-movies pokazujących mecze od zupełnie innej strony, przedstawiających widowisko sportowe także przed i po. Widz czuje się niczym w trakcie filmu rodem z Hollywood. Pomysł ten powtórzono podczas Weekendu Gwiazd w Los Angeles. Euroliga nie chce być gorsza i także zaproponowała kibicom relacje z meczów zawierające ujęcia zza kulis.

Tyle podobieństw.

A różnice?

NBA (mecz 2. finałów 2010):



Euroliga (mecz Lietuvos Rytas Wilno - Caja Laboral Vitoria o awans do Top 16 2011):



Produkcja Euroligi jest o połowę krótsza, co moim zdaniem daje jej przewagę. Według różnych poradników (np. tego) przeciętny internauta jest w stanie skupić swoją uwagę przez trzy minuty, czasem mówi się o pięciu. Ponad sześć minut mini-movie NBA nawet dla fanatyka jest zbyt dużą dawką. Sam się o tym przekonałem, bo faktycznie około 4.-5. minuty miałem już ochotę przewinąć do końca albo obejrzeć "jednym okiem" otwierając obok inną stronę.

To jedyna różnica (choć bardzo ważna) na korzyść Euroligi. Poza tym NBA bije konkurencję na głowę, co zresztą nie powinno nikogo dziwić. Film zza oceanu zaczyna się od przypomnienia poprzedniego starcia, a póżniej pokazuje nam losy zawodników od treningów przedmeczowych do odjazdu autokaru spod hali. W europejskim zaczynamy od przedstawienia sytuacji i miasta, potem drużyny przyjeżdżają na mecz, a... film urywa się kilka sekund po końcowej syrenie. Nie ma reakcji pomeczowych, ujęć z szatni, konferencji prasowej.

Kolejna kwestia - spiker. W klipie NBA praktycznie go nie ma, w euroligowym jest cały czas. Rozumiem jednak, że NBA wychodzi z założenia, że to klip dla prawdziwych pasjonatów tej ligi, którzy wiedzą o co chodzi i co to za mecz (chociaż i tak jest wprowadzenie z aktualną sytuacją w serii). Z Euroligą nie jest tak łatwo. Oczywiście stawka akurat tych spotkań jest różna, ale myślę, że gdyby zrobić sondę wśród kibiców koszykówki i zadać dwa pytania (o co grali Celtics i Lakers w czerwcu 2010 oraz o co grali Barcelona i Olympiakos w maju 2010, obie pary to finaliści), to w pierwszym przypadku byłoby 100% poprawnych odpowiedzi, w drugim niekoniecznie.

Przedstawienie wydarzeń w trakcie meczu. W NBA mamy akcje w zwolnionym tempie, różne ujęcia kamery, niewidywane podczas relacji w telewizji ujęcia fanów. W Eurolidze tak naprawdę jest to zwykły "recap", skrót meczu przedstawiający to, co się wydarzyło. W tej części brakuje dawkowania emocji, co całkiem nieżle udaje się przez połowę filmu z Wilna.

Doceniam ideę działu marketingu Euroligi, cieszę się, że ktoś sięga po najlepsze wzorce, ale czuję mały niedosyt z powodu zakończenia.

Będzie za to pozytyw na koniec wpisu. Polacy wcale nie są dużo gorsi od Hiszpanów (?) z Euroligi. Asseco Prokom Gdynia też produkuje swoje filmy, które mają nieco inny charakter (bo są skoncentrowane na jednej drużynie), ale również pozwalają nam dostać się za drzwi szatni. Z tegorocznych najbardziej podobał mi się ten z Vitorii, którego niestety nie ma (jeszcze?) na klubowym kanale na youtubie.

P.S.
Zapomniałbym - najważniejszym plusem filmu Euroligi jest David Logan z wielkimi słuchawkami. I niech ktoś jeszcze powie, że zmienił się po zrobieniu kariery w Europie. Oto Logan na początku gry w Turowie Zgorzelec:

O Czechu urodzonym 20 km za daleko


Szkoda, że urodził się w Ostrawie, a nie 20 kilometrów bardziej na północ, czyli w Polsce.

Wsadza jak młody Vince Carter, blokuje jak LeBron James, ma wzrost i koordynację jak Dirk Nowitzki i rzut z dystansu jak Peja Stojaković.

Jest w tym trochę przesady, ale i tak Jan Vesely może być czeską sensacją NBA, a na pewno kimś lepszym niż Jiri Welsch. Dlaczego piszę o niespełna 21-letnim skrzydłowym z Partizana Belgrad właśnie teraz? Bo jestem właśnie po lekturze filmów z ostatniej kolejki Top 16 Euroligi. Co tydzień oglądam skróty wszystkich spotkań i Top 10 akcji danej serii spotkań. Można złośliwie powiedzieć, że Vesely jest dla autorów tych podsumowań niczym LeBron dla osób przygotowujących podobne zestawienia w NBA. Po prostu musi być w nich co tydzień. Tym razem przeszedł samego siebie. Partizan grał z Efesem Pilsen Stambuł o nic, bo obydwie drużyny odpadły już z rywalizacji. Ale i tak szaleństwa Vesely'ego robią wrażenie. Nie wszystkie zagrania zmieściły się w Top 10, więc najpierw skrót z meczu:



Top 10, chyba najlepsze w tym sezonie:



Tutaj akurat dominują wsady i bloki Veselego, ale dobrze pamiętam, jak w dużym stopniu załatwił Asseco Prokom Gdynia pewną ręką z dystansu...

Zawodnik kompletny? Tradycyjne pytanie: a co z defensywą? Draftexpress.com pisze o nim tak:

Z jednej strony nie można ignorować fizycznej przewagi Veselego - wzrostu, długich rąk, atletyzmu. To wszystko pozwala jego drużynie zdobywać mnóstwo dodatkowych posiadań dzięki blokom i przechwytom. Vesely jest także zawodnikiem, który nie boi się zaryzykować i wsadzić ręki, tam gdzie inni nie wsadzą nogi, co oczywiście pomaga.

Z drugiej strony - trudno zignorować fakt, że większość trenerów w Europie planując mecz stara się kreować sytuacje, w których ich niscy skrzydłowi grają ilozację przeciwko Veselemu. On ma z tym problemy. Ma kłopoty z niską defensywą i przy jego wzroście brak mu odpowiedniej szybkości, by utrzymać się przed niesamowicie szybkimi i agresywnymi graczami kierującymi sobie pozycje strzeleckie.


100% prawdy.

Co jeszcze może być problemem? Zawieszenie między pozycjami. Jako niski skrzydłowy przy wzroście 211 cm nawet w NBA będzie "przerośnięty", jako silny skrzydłowy - nie ustoi fizycznie dobrze zbudowanym podkoszowym.

Rok temu Vesely zrezygnował z draftu, mimo że mógł liczyć na wybór w czołowej dziesiątce. Teraz różne mocki dają mu miejsca od 11 do 14, ale to oczywiście jeszcze może się zmienić.

czwartek, 3 marca 2011

Co mógłby osiągnąć Svetislav Pesić z polską kadrą?

Odpowiedzi na tytułowe pytanie nigdy zapewne nie poznamy. Wiemy za to, co zdołał osiągnąć Svetislav Pesić z Power Electronics Walencja. Awansował z nią do najlepszej ósemki Euroligi.

Żeby pokazać skalę sukcesu warto zaznaczyć, że niegdysiejsza Pamesa jest od kilkunastu lat zaledwie w drugim hiszpańskim szeregu za Barceloną, Realem Madryt i Caja Laboral (niegdyś TAU) Vitoria. Brzmi to trochę śmiesznie, bo kibice tysiąca klubów z Europy chcieliby być w drugim szeregu ACB. Ale spójrzmy na dokonania walencjan. Dopiero drugi raz grają w Eurolidze (zresztą znowu dzięki zwycięstwie w rozgrywkach kontynentalnych niższej kategorii, a nie sukcesom krajowym), zaledwie raz w historii byli w półfinale ACB!

Ten wynik już pokazuje, że Pesić wcale nie nadaje się do wysyłania go na emeryturę. Wręcz przeciwnie. Nadal jest szkoleniowcem z europejskiego topu. Power Electronics zaczęło rundę zasadniczą Euroligi od bilansu 1-4. Potem przejął ich Serb i rzutem na taśmę awansowali do Top 16. W tej fazie koszykarze Pesicia nie dali rady potentatowi Olympiakosowi Pireus, ale za to dwukrotnie pokonali Żalgiris Kowno i okazali się w dwumeczu lepsi od Fenerbahce Ulkeru Stambuł. W międzyczasie Pesić wydobył też zespół z Walencji z dołka w lidze hiszpańskiej - od bilansu 1-7 doszedł do 14-8. A niedawno pokonał u siebie Real Madryt, który niedługo będzie rywalem Power Electronics w ćwierćfinale. Wszystko jest możliwe. Trzeba przy tej okazji pamiętać, że w składzie drużyny nie doszło do większych zmian - doszedł podkoszowy James Augustine i niedawno grający epizodycznie rozgrywający David Navarro. Ale za to kontuzjowany jest jeden z liderów Victor Claver.

Jesienią ubiegłego roku Pesić pytany przeze mnie o możliwość opieki nad polską kadrą (taką opcję przedstawiał Roman Ludwiczuk) odpowiedział, że woli pracować w klubie. Szkoda. A może jednak nie mamy czego żałować, bo z naszą kadrą na tegorocznym EuroBaskecie cudów i tak by nie było? A my potrzebujemy długotrwałego planu, nie jednorazowego wyskoku. Sam Pesić stwierdził we wrześniu tak: Trenerem nie tylko Polski, ale każdej drużyny narodowej powinien być ktoś, kto zna realia panujące w danym kraju i jest z nim emocjonalnie związany. Nie można przyjechać przed zgrupowaniem i zabrać się za pracę, bo to może nie dać efektów.

sobota, 20 listopada 2010

Wiadro pomyj na Prokom?


Sytuacja Asseco Prokomu Gdynia w Eurolidze jest tragiczna. Pięć meczów, pięć porażek i minimalne szanse na awans do Top 16. Najprościej w tej sytuacji wylać wiadro pomyj na zawodników, którzy w kompromitującym stylu przegrali w Tel Awiwie z Maccabi 58:99. Nie mam zamiaru bronić graczy Prokomu, ale może zastanówmy się nad przyczyną takiego stanu rzeczy.

Osobiście widzę trzy główne przyczyny:

1. Drużyna została skompletowana bardzo późno, a na zgranie brakuje czasu. Prokom występuje w trzech różnych rozgrywkach i choć spora liczba meczów teoretycznie powinna ułatwiać wspólne zrozumienie w trudnych momentach (bo żaden trening nie daje tyle co mecz), to tutaj jest inaczej. Prokom ma ponad 20 graczy z kontraktami, a poza Euroligą ciągle gra w innym składzie. Zawodnicy sami nie wiedzą, czy i gdzie pojadą w przyszłym tygodniu. To powoduje chaos w meczach PLK (patrz niedawne spotkanie w Poznaniu), ale także ma wpływ na występy w Eurolidze. Nieprzypadkowo podczas meczu Prokom - Partizan w 4. kolejce Euroligi Olivier Lafayette i James Gist byli zdecydowanie lepiej wkomponowani w grę Partizana Belgrad, mimo że dołączyli do serbskiego zespołu dwa tygodnie później niż ostatni nabytek Prokomu Filip Widenow.

2. Trzy czołowe postaci (Giddens, Wilks, Brown) to gracze, którzy ostatnio grali "ogony" w NBA albo siedzieli tam na końcu ławki rezerwowych. Praktycznie nikt tak nie buduje drużyny w Europie. Tacy koszykarze są przyzwyczajeni do tego, że każdy mecz jest meczem o życie. W NBA sezon rozkręca się powoli - cztery kolejne porażki w listopadzie nie są tragedią. A u nas oznaczają stracony rok w Eurolidze.

3. Nie wiadomo, kto jest w tym zespole najważniejszy. Mike Wilks, Daniel Ewing, JR Giddens, Bobby Brown - ta czwórka Amerykanów na pozycjach 1-3 ma podobny status w światowej koszykówce i podobne ambicje w Polsce. Ewing po odejściu Davida Logana i Qyntela Woodsa zwietrzył swoją szansę, by zostać liderem zespołu, a trzej pozostali właśnie przenieśli się z NBA do Europy i też chcieliby pełnić pierwszoplanowe role. A do tego dochodzi jeszcze Filip Widenow... Pięć meczów Euroligi za nami i trudno wskazać lidera tej ekipy. Rok temu wszystko było jasne. Najważniejsi byli Woods i Logan, Ewing był numerem 3, a reszta tłem. A teraz? Nie wiemy. To powoduje frustracje, szczególnie u Giddensa, który jako niski skrzydłowy rzadziej od Ewinga i Browna może sobie po prostu sam wziąć piłkę i zagrać indywidualną akcję. Cytat z jego Twittera mówi chyba wszystko: "How u going to be a teams leading scorer and not be incorporated into the offense. Sum things just don't make sense..." Wilks też pewnie nie jest najszczęśliwszy będąc w roli juniora, który po jednym błędzie zostaje przyspawany do ławki rezerwowych. Co zresztą odbija się na zespole, bo to on jest jedynym klasycznym rozgrywającym.

To ostatnie zdanie zresztą pokazuje, że mimo szerokiego składu w zespole są braki. Problem z tylko jedną typową jedynką można jakoś rozwiązać, gorzej, że jest tylko dwóch silnych skrzydłowych. Na pozostałych pozycjach może teoretycznie występować po kilku koszykarzy, na tej tylko Jan-Hendrik Jagla i Ronnie Burrell. Po kontuzji Amerykanina trener Tomas Pacesas musiał wygrzebać Roberta Witkę albo kombinować z dwoma Adamowymi wieżami Hrycaniuk i Łapeta...

Prokom nadal ma szansę na Top 16. Nie wierzę w komplet wygranych w rundzie rewanżowej, ale musi odnieść trzy zwycięstwa u siebie i pokonać Partizan w Belgradzie. Teoretycznie to ciągle jest wykonalne.

poniedziałek, 20 września 2010

633 sekundy z Blattem

Ile mamy czasu?

10 minut.

To było bardzo ciekawe 10 minut (i 33 sekundy) z Davidem Blattem, dzięki czemu zapomniałem, że mój pociag do Wrocławia złapał 90 minut opóźnienia na odcinku 40 kilometrów!

Blatta przedstawiać kibicom koszykówki nie trzeba, ale krótka metryczka się przyda: mistrzostwo Europy z Rosją w 2007 roku, ćwierćfinał mistrzostw świata kilka dni temu ze znacznie odmłodzoną Rosją. Sukcesy na ławce Benettonu Treviso, Dynamo Sankt Petersburg i Maccabi Tel Awiw, gdzie trafił ponownie.

W trakcie treningu ostry dla swoich graczy ("tak broniąc będziecie mieli oczy w łzach na koniec sezonu" - ograniczę się do jednego cytatu), ale jednocześnie rzeczowy w swoich uwagach. Po zajęciach chętny do rozmowy miły facet. Pewnie miałbym więcej niż 10 minut, gdyby kierownik drużyny nie poganiał. Dwulicowość? Nie. Po prostu zaangażowanie w pracę i jednocześnie otwartość na media.

Rozmowa tutaj. Starałem się poruszyć jak najwięcej tematów, choć kilku pytań i tak nie zdązyłem zadać.

P.S.
Tymczasem Maccabi Blatta omal nie przegrało w Pucharze Śląska Wrocław z Turowem Zgorzelec.

sobota, 29 maja 2010

Ricky vs. Milos

Napisałem poniższą notkę niemal w całości już jakieś dwa tygodnie temu, ale dopiero teraz dokończyłem. Było już tak pół żartem, pół serio o Rickym Rubio. Teraz na poważnie.

Omawiany w tekście o Brygadzie RR Rajon Rondo to dla Rubio oczywiście zbyt wysoka (na razie?) półka, ale na razie cudowne dziecko hiszpańskiej koszykówki ma innego rywala. To (kolejne) cudowne dziecko serbskiej koszykówki, czyli Milos Teodosić. Trzy lata starszy od koszykarza Barcelony, ale jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że nieco mniej doświadczony na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Początek XXI wieku w europejskim baskecie należał do Sarunasa Jasikeviciusa i Theodorosa Papaloukasa. Ich wspólny dorobek to dwa mistrzostwa Europy w latach 2003-2005, wicemistrzostwo świata 2006, a przede wszystkim sześć zwycięstw w Eurolidze w latach 2003-2009. W tym okresie jest dziura tylko w 2007 roku, gdy Jasikevicius dogorywał w NBA, a Papaloukas rozegrał w finale świetne spotkanie (23 punkty i 8 asyst), ale CSKA Moskwa przegrało 91:93 z Panathinaikosem Ateny. Okej, możemy to wybaczyć. Nagród typu MVP Final Four Euroligi czy EuroBasketu nie będę wymieniał, ale też było ich trochę. Oczywiście Theo i Saras nie zdominowali rozgrywek indywidualnie aż tak bardzo, ale byli championship factors. I to "nieco" więcej znaczącymi w swoich zespołach niż Robert Horry w NBA zdobywając swoje siedem tytułów (narażam się komuś tym stwierdzeniem?).

W tym roku na tronie nie było już Sarasa, którego Panatha odpadła dużo wcześniej m.in. po starciach z Barcą Ricky'ego. Nie było też Theo, który w zespole przegranego finalisty pełnił mniej ważną rolę niż jakiś nieogolony chłoptaś z Serbii. I ten właśnie Teodosić spotkał się z Rubio w finale wielkiej imprezy po raz drugi w ciągu niespełna roku. I znowu przegrał. We wrześniu w Polsce Hiszpanie pokonali Serbię, teraz Barcelona ograła Olympiacos Pireus. Zaryzykuję tezę, że gdyby Ricky i Milos nie zdecydowali się na przenosiny do NBA, to mogą pozostać na europejskim topie przez najbliższych kilka lat, niczym Saras i Theo. Tyle tylko, że to "gdyby" jest palcem na wodzie pisane, bo prawdopodobieństwo, że za dwa lata będą jeszcze w Eurolidze jest moim zdaniem bliskie zeru. Co nie przeszkadza w ciągłym porównywaniu dwóch najlepszych młodych rozgrywającym na naszym kontynencie (może należałoby usunąć ten drugi przymiotnik?). Statystyki na bok, rozbierzmy ich na czynniki pierwsze. 20 kategorii, krótka ocena w skali 1-5 i podsumowanie.

Rzut z dystansu/półdystansu ze stabilnej pozycji

Rubio - 4. Być może za dużo, ale facet naprawdę trafia coraz częściej. Tyle tylko, że nie rzuca i potrzebuje.
Teodosić - 5. Daj mu pół metra miejsca, a się nie pomyli.

Rzut z dystansu/półdystansu po dryblingu

Rubio - 2. Jeśli zdarzały mu się pojedyncze akcje, w których próbował np. po crossoverze rzucić, to najczęściej nieskutecznie.
Teodosić - 5. W ćwierćfinałowej serii z Prokomem było mnóstwo takich akcji.

Rzut z dystansu/półdystansu po zasłonie

Rubio - 2. Trudno ocenić, nie przypominam sobie takiego zagrania u niego
Teodosić - 5. Półfinał EuroBasketu - tyle na ten temat.

Panowanie nad piłką

Rubio – 5. Praktycznie nie zdarzają mu się straty zdarzające ze złego ballhandlingu.
Teodosić – 5. Patrz wyżej.

Court vision (czyli ile widzą jego oczy)

Rubio – 5. Jego umiejętność dostrzeżenia wolnego partnera w drugim końcu boiska jest chyba na najwyższym poziomie w Europie. Nie potrafię wymienić gracza lepszego w tym elemencie.
Teodosić – 3. Przyzwoity przegląd pola, jak na rozgrywającego, ale bez błysku.

Współpraca z obwodowymi

Rubio - 4. Bardzo szybko dogadał się z Juanem Carlosem Navarro, który nieprzypadkowo grając mniej minut oddał sporo więcej rzutów z dystansu - miał dzięki Ricky'emu więcej pozycji.
Teodosić - 4. Tutaj plus za umiejętność "dogadania" się na parkiecie z Theo Papaloukasem, który też jest zawodnikiem potrzebującym piłki w rękach.

Współpraca z wysokimi

Rubio - 5. Pick'n'rolle z Franem Vazquezem to od kilku miesięcy firmowe zagranie Barcelony. Nikt tak nie umie "dokarmiać" podkoszowych jak Rubio.
Teodosić - 4. Nie tak efektowna jak Ricky'ego, ale co pokazał chociażby EuroBasket, też umie dostarczyć piłkę wysokim.

Obrona 1 na 1

Rubio - 4. Bardzo rzadko pozwala się mijać, świetna defensywa na nogach.
Teodosić - 3. Przyzwoity defensor, ale zdecydowanie częściej niż Hiszpan pozwala się ogrywać 1 na 1. Element do poprawy.

Obrona zespołowa

Rubio - 4. Nadzwyczaj dobra jak na tak młodego gracza.
Teodosić - 4. Bez większych zastrzeżeń.

Gra w ataku 1 na 1

Rubio - 4. Mimo, że rywale często dają mu trochę wolnego, bo kiepsko rzuca, to łatwo mija przeciwnika stwarzając dzięki temu przewagę w strefie podkoszowej.
Teodosić - 5. Mało kto w Europie potrafi tak "skręcić" obrońcę jak on.

Wykańczanie akcji w tłoku

Rubio - 4. Umie "wkręcić się" pod wysokich, ale często zdarzają mu się też proste pudła spod dechy.
Teodosić - 3. To zawodnik preferujący grę na dystansie/półdystansie, więc siłą rzeczy rzadziej po penetracji musi wykończyć akcję w trumnie i może dlatego ma z tym problem?

Clutch time (czyli jak gra w końcówce)

Rubio - 5. 5/5 za 3 w tym sezonie z Caja Laboral, świetny mecz nr 4 w ćwierćfinale Realem, kluczowe akcje w półfinale z CSKA. W meczach na styku bardzo rzadko drży mu ręka.
Teodosić - 5. Miałem wątpliwości po finale z Barcą, ale przypomniałem sobie z drugiej strony półfinał EuroBasketu, który Teodosić wygrał praktycznie sam.

Stabilność formy

Rubio - 3. Raz na pięć spotkań trafia mu się strzelecki supermecz, po czym usuwa się w cień i przez kilka spotkań ma po 3-5 punktów.
Teodosić - 4. Im bliżej końca sezonu tym zdecydowanie rzadziej zdarzały mu się słabsze występy.

Zbiórki

Rubio - 3. Mało istotny element dla rozgrywającego, bo większość piłek wpadających w ich ręce to zasługa zastawiających wysokich. Posłużmy się zwykłą statystyką - Rubio średnio 2.9 w 21 minut.
Teodosić - 2. Jego rywal średnio 2.5 w 30 minut.

Pewność w grze/unikanie strat

Rubio - 2. Szukanie szalonych podań kończy się co trzy-cztery akcje stratą.
Teodosić - 4. Mniej fantazji i szalonych zagrań w grze.

Efektowność

Rubio - 5. Mistrz no-look passów.
Teodosić - 3. Pamiętamy jego podanie za plecami praktycznie z autu do Sofoklesa Schortsanitisa, ale zdarza mu się to rzadziej niż Ricky'egmu.

Spryt

Rubio - 5. Akcja, w której w finale wyjął piłkę z kozła Papaloukasowi na połowie rywala była tego najlepszym dowodem. Ricky jest cwaniakiem niczym 32-latek.
Teodosić - 3. Mam wrażenie, że jemu jeszcze brakuje sporo do poziomu cwaniactwa prezentowanego przez starszych kolegów i przez Rubio.

Atletyzm

Rubio - 3. Jest raczej chudy i przed przenosinami do NBA będzie musiał popracować na siłowni.
Teodosić - 3. Trochę lepiej zbudowany, ale też nie jest atletą w stylu amerykańskich rozgrywających.

Doświadczenie

Rubio - 3. Skromne, ale większe niż Teodosicia - finał olimpijski, EuroBasket, kilka lat w ACB, występy w Eurolidze w Joventucie i teraz Barcelonie.
Teodosić - 2. Do EuroBasketu 2009 w pierwszoplanowej roli tylko w rozgrywkach juniorskich.

Leadership, czyli przywództwo

Rubio - 3. Być może to wina partnerów, szczególnie w kadrze, gdzie obok Gasoli i Fernandeza usunął się w cień.
Teodosić - 4. Potrafił je odebrać Papaloukasowi, ale tylko do czasu Final Four. Wtedy "zniknął"
W sumie:

Rubio - 75
Teodosić - 76

Wniosek:

Można dyskutować, czy ocena każdej kategorii jest odpowiednia, ale po zsumowaniu różnica między graczami jest tak minimalna, że wniosek nasuwa się jeden - nie sposób ocenić, który z nich jest większym talentem. Co jeden umie trochę lepiej, drugi trochę gorzej i odwrotnie, więc wybrać lepszego nie sposób.

piątek, 14 maja 2010

Co zrobi latem MVP?

I nie chodzi o MVP rundy zasadniczej NBA LeBrona Jamesa, a o MVP Euroligi Milosa Teodosicia.

23-latek miał znakomity sezon, ale w finale Euroligi zawiódł, a Olympiacos Pireus przegrał z Regal FC Barcelona. Teraz Serb jest zasypywany ofertami. Chcą go ponoć Real Madryt, Miami Heat i Houston Rockets. Co powinien zrobić Teodosić?

Real nie jest najlepszą opcją, bo patrząc na obecny sezon można się spodziewać, że skład będzie napakowany zawodnikami i nie dla wszystkich może starczyć minut. Poza tym to wcale nie gwarantuje walki o najwyższe cele, co także pokazały niedawno zakończone rozgrywki. Inny europejski klub? Na razie brak chętnych, ale niezależnie od tego moim zdaniem Teodosić mógłby już teraz skorzystać z opcji wyjazdu za ocean.

Miami Heat czy Houston Rockets? I w jednej i w drugiej drużynie znalazłoby się dla niego, ale oznaczałoby to konieczność rezygnacji z jednego z obecnych graczy. W przypadku Heat łatwiej będzie nie przedłużać umowy z Carlosem Arroyo niż odsprzedać gdzieś Mario Chalmersa. Teodosić jako zastępca Portorykańczyka grający obok Dwyane'a Wade'a to ciekawa opcja gwarantująca sporo minut dla Serba.

Rockets? Tu jest jeszcze więcej miejsca w składzie, chociaż mniejsze możliwości walki o pierwszą piątkę. Aaron Brooks miał swój najlepszy sezon w karierze i nie należy spodziewać się, by opuścił Houston. Obok gra Kevin Martin pozyskany z Sacramento, a na ławce Kyle Lowry i ... to wszystko. Przepraszam Jermaine'a Taylora, że nie traktuję go poważnie. Uniwersalny combo guard w roli zmiennika potrzebny od zaraz, a Teodosić dobrze się do tej roli nadaje. Pytanie tylko jak poradziłby sobie z brakiem przywództwa w zespole?

wtorek, 11 maja 2010

Brygada RR nadciąga


Znacie na pewno tą popularną kilkanaście dni temu kreskówką z Chipem i Dalem. Nie wiem, który z nich jest Chipem, który Dalem, ale panowie RR coraz odważniej przejmują władanie po dwóch stronach oceanu.


24 lata. 20 lat.

Czwarty sezon w NBA. Czwarty sezon w europejskich pucharach.

Szybcy jak wiatr. Mistrzowie przechwytów. Królowie efektownych asyst. Negatywne cechy też mają wspólne, a właściwie jedną - podobno nie umieją rzucać. A raczej umieją, ale nie lubią.

W ten weekend obaj mieli swoje wielkie chwile. Rondo uratował Celtom serię z Cleveland Cavaliers fenomenalnym występem: 29 punktów, 13 asyst, 18 zbiórek. Rubio wygrał z Barceloną Euroligę. W półfinale zagrał znakomicie: 10 punktów, 8 asyst i 4 zbiórki. W finale nie było tak błyskotliwie, ale Barca wygrała to spotkanie łatwo.

Ciekawa/zabawna/nieprzypadkowa/intrygująca/znamienna (niepotrzebne skreślić) koincyndencja czasowa. Wikipedia w podstronie o Brygadzie RR podaje: "Wznowiona została 9 maja 2010 r. w niedzielnej Wieczorynce". Kilka godzin później Rajon szalał w TD Garden, a Ricky całował puchar.


0:45, 1:04, 2:45, 4:20 - najważniejsze momenty tego mixu.

Ta wizja, ta fantazja, to zrozumienie z wysokim graczem - coś wam to przypomina?


Skrót RR przy filmowej Brygadzie to Rescue Rangers. U nas nazywało się to Brygada Ryzykownego Ratunku. Rondo był Rescue Ranger wczoraj.

I jeśli jeszcze jesteśmy przy RR z Bostonu. Pisząc dzisiaj tekst do gazety długo nie zastanawiałem się, o czym powinienem wspomnieć. Dziwne, że nikt tego nie zauważył (nie widziałem na żadnej stronie). Przecież w NBA tak lubimy symbolikę.

27 października. Jedna z najlepszych akcji tego sezonu. Rondo idzie w kontrze na wsad. LeBron James dogania go i zatrzymuje monsterblokiem.


9 maja, czyli wczoraj. Trzecia kwarta. Remis. Rondo znowu w kontrze. LeBron nadlatuje. Ale nie, nie panie James. Nie tym razem...


Szkoda, że kamerzysta nie złapał wyrazu twarzy LeBrona po tej akcji.

Szkoda, że Brygada RR nie spotka się w Turcji na mistrzostwach świata. Rajon odmówił gry.

piątek, 26 marca 2010

Czy to był "max" Prokomu?

Asseco Prokom Gdynia - Olympiacos Pireus 0-2 po dwóch spotkaniach ćwierćfinału Euroligi.
Pierwszy mecz przegrany minimalnie, drugi większą liczbą punktów, ale także nie był jednostronny. Czy Prokom zrobił wszystko, co mógł, by wygrać? Czy to był "max" mistrzów Polski? "Na szczęście" nie. Bo David Logan miał fatalną skuteczność (w sumie 5/21) w obydwu konfrontacjach, bo Jan-Hendrick Jagla grał krótko i także niezbyt przydatnie, bo Przemysława Zamojskiego prawie nie było na boisku...
Rezerwy w grze Prokomu nadal są, ale czy to wystarczy do wygrania przynajmniej jednego meczu na własnym parkiecie? Historia rywalizacji play-off w wielu krajach zna mnóstwo takich scenariuszy - pierwszy mecz na wyjeździe przegrany minimalnie, drugi zdecydowanie. Przed trzecim u siebie wydaje się, że teraz będą zwycięstwa. A kończy się honorową porażką. Oby tak nie było z Prokomem.

poniedziałek, 22 marca 2010

Przed Prokom - Olympiacos odgrzewany Childress

Już jutro Asseco Prokom Gdynia zaczyna ćwierćfinałową rywalizację w Eurolidze z Olympiacosem Pireus. Zdecydowanym faworytem jest zespół z Grecji, który był w Final Four rok temu i przegrał w półfinale z Panathinaikosem Ateny. Nie mam czasu (bo zbieram się na MPD) dłuższą zapowiedź, więc krótko - inny wynik niż 3-0 dla Olympiacosu będzie niespodzianką. A przy okazji wrzucam ubiegłoroczną krótką rozmowę w biegu z gwiazdą zespołu z Pireusu Joshem Childressem kilka chwil po wspomnianym nieudanym półfinale. Obyśmy po serii ćwierćfinałowej mogli powtórzyć niektóre pytania :-)
Po tym jak Olympiacos przegrał w półfinale Final Four Euroligi, chyba musi pan uznać decyzję o przyjeździe do Europy za błąd.
JOSH CHILDRESS: Nie, nie można tak oceniać po jednym spotkaniu. Staraliśmy się, rozegraliśmy twardy mecz przeciwko silnemu rywalowi i przegraliśmy. Ale nie próbujcie mi wkładać słów w usta.
Kilka tygodni temu miał pan dłuższą przerwę z powodu kontuzji. Czy to miało jakiś wpływ na nie do końca dobre występy pod koniec rozgrywek?
Nie, nie sądzę. Ja czuję się dobrze i robię to co mi trener każe. Po kontuzji nie ma już śladu, nawet o tym zapomniałem.
W trakcie pierwszego roku po przenosinach do Europy co pana najbardziej zaskoczyło?
Właściwie to nic. Cóż, koszykówka to koszykówka. Na całym świecie są różne style gry, ale to przecież jeden sport.
Ale nie mówimy tylko o rzeczach czysto sportowych?
Kibice. Naprawdę szaleni. W NBA takich nie ma, w Grecji są niesamowici. To jedna rzecz, która bardzo się różni po obu stronach oceanu. Czasami słyszałem tyle głosów poparcia, że wydawało się, że Olympiacosowi pół kraju kibicuje.
A jak sobie pan poradził z dużymi oczekiwaniami, których chyba pan nie spełnił? Zawodnik o takiej karierze w NBA czysto teoretycznie powinien być superstrzelcem w Europie.
Nie mam z tym problemu. Tak naprawdę interesuje mnie tylko opinia trenera i kolegów z zespołu, a ona jest pozytywna. Opinie innych osób, fachowców, dziennikarzy nie bardzo mnie interesują.
Skoro jest tak dobrze, to oczywiście zostaje pan w Europie?
Mam kontrakt ważny jeszcze przez dwa lata, ale nie wiem co zrobię. Teraz nie zastanawiam się nad tym, podejmę decyzję po sezonie.
Myśli pan, że tego lata więcej koszykarzy o pana pozycji w NBA podąży pana drogą?
Z całą pewnością. Nie wiem kto., ale jestem przekonany, że nie jeden, ale kilku zawodników wybierze występy w Europie.
Doczekamy się jakiejś naprawdę wielkiej gwiazdy?
Nie wiem. Ale teraz naprawdę wszystko jest możliwe.
Wszystko zależy od pieniędzy?
(śmiech) Ja tam nie wiem. To zależy od ich decyzji.
A pan nie żałuje opuszczenia Atlanta Hawks? Mają świetny sezon, walczą w play-off.
Hmmm... Nie. Jestem tutaj, podoba mi się granie w Europie i nie będę się zastanawiał, co by było gdybym zrobił inaczej.
Kibicuje pan byłym kolegom?
Tak. Doceniam to co robią w obecnych rozgrywkach. Oprócz dobrych wyników ich grę ogląda się naprawdę z przyjemnością.

czwartek, 11 marca 2010

Siedem momentów Prokomu

Dzisiaj Asseco Prokom Gdynia zagra z Unicają Malaga na zakończenie Top 16 Euroligi. Dla Prokomu to mecz bez znaczenia, bo awans do ćwierćfinału już ma. Ale spotkanie będzie szczególne, bo to setny występ Prokomu w Eurolidze.

6 sezonów, 99 meczów, 32 wygrane, 67 porażek. Cztery awanse do Top 16, jeden awans do ćwierćfinału. Czy to dobry bilans czy zły? Sami oceńcie. Więcej statystyk (kto zdobył najwięcej punktów, z kim Prokom ma najlepszy bilans, kto najwięcej razy wygrywał w Trójmieście itd.) na sports.pl.

Prokom miał w tym okresie wzloty oraz upadki i na pewno dostarczył wielu wrażeń. Było kilka spotkań, które warto zapamiętać. Ja wybrałem siedem (a właściwie osiem).

Prokom Trefl Sopot - Estudiantes Madryt 78:74 (sezon 2004/2005)

Mecz warty wspomnienia, bo gości prowadził Pepu Hernandez, a w składzie byli Sergio Rodriguez i Carlos Jimenez. Eugeniusz Kijewski ogrywający ekipę trenera mistrzów świata? Tomas Pacesas dominujący późniejszego wicemistrza olimpijskiego? Niemożliwe, a stało się. Na dodatek akurat ta wygrana dała Prokomowi pierwszy awans do Top 16.

Armani Jeans Mediolan - Prokom Trefl Sopot 71:92 (sezon 2005/2006)

Trzecia kolejka rundy zasadniczej i znakomity mecz Prokomu we Włoszech. Siedem "trójek" Gorana Jagodnika, świetny występ Adama Wójcika. Po tej wygranej mistrzowie Polski mieli bilans 2-1 i wydawało się, że Prokom może w tamtym sezonie sporo osiągnać. Niestety przegrali kolejne sześć spotkań...

Prokom Trefl Sopot - RheinEnergie Koeln 72:61 (sezon 2006/2007)

Jedno nazwisko zasługuje na szczególną uwagę w zespole gości - to Marcin Gortat, który kilka miesięcy później był już zawodnikiem Orlando Magic. W Olivii miał double-double (12 punktów i 13 zbiórek), ale chyba nie był to rewelacyjny mecz w jego wykonaniu. Piszę "chyba", bo przyznaję, że nie pamiętam tego występu dokładnie.

Efes Pilsen Stambuł - Prokom Trefl Sopot 67:71 (sezon 2006/2007)
(2xfoto z euroleague.net)

Efes Pilsen był w pierwszych sezonach gry w Eurolidze prawdziwym koszmarem dla koszykarzy Prokomu. W trzy lata grali z tym zespołem dziesięć razy przegrywając pierwsze osiem konfrontacji. I niespodziewanie wygrali na wyjeździe w drugiej kolejce Top 16. O meczu mówi Pacesas: - Musieliśmy grać dogrywkę, bo sędziowie nie zaliczyli punktów zdobytych przez Michaela Andersena, po wsadzie równo z syreną. W tamtej akcji podawał mu Rashid Atkins. Było zamieszanie, bo już wyszliśmy z hali, poszliśmy do szatni, a trzeba było wracać i grać dalej. Ale wreszcie przyszła wygrana w Top 16.

Prokom Trefl Sopot - Olympiacos Pireus 63:59 (sezon 2007/2008)

Po serii sześciu porażek Prokom niespodziewanie się przełamał w meczu z Olympiacosem i miał jeszcze iluzoryczne szanse na awans do Top 16. Ten mecz jest godny uwagi ze względu na Qyntela Woodsa, który wtedy grał w Olympiacosie i nie będzie wspominał najlepiej pierwszej wizyty w Sopocie. W niecałe 14 minut nie zdobył punktu. To był jego najgorszy występ w całym sezonie. W składzie drużyny z Pireusu byli Ioannis Bouroussis, Loukas Mavrokefalides, Panagiotis Vasilopoulos i Milos Teodosić, którzy teraz zagrają przeciwko Prokomowi w ćwierćfinale. W Prokomie został do teraz tylko Adam Łapeta, ale wtedy nie wyszedł na parkiet nawet na moment. Trenerzy będą ci sami - Panagiotis Giannakis i Tomas Pacesas.

Asseco Prokom Sopot - SLUC Nancy 91:62 (sezon 2008/2009)

Strzelanina, która potem, mimo porażek w Kownie i Nancy, pozwoliła Prokomowi na awans do Top 16 z bilansem 2-8. Daniel Ewing zdobył 32 punkty, a David Logan grał całe 40 minut i udało się. Skład podobny, ale jakże inny był to Prokom od obecnego...

Asseco Prokom Gdynia - Real Madryt 82:76 oraz Unicaja Malaga - Asseco Prokom Gdynia 50:70 (sezon 2009/2010)

Prokom tylko trzykrotnie wygrywał z drużynami z ligi hiszpańskiej, czyli najsilniejszej w Europie. Każda miała duże znaczenie nie tylko prestiżowe. Najpierw była wymieniona wyżej wygrana z Estudiantes, a w tym sezonie triumf u siebie nad Realem, który bardzo przybliżył Prokom do Top 16 oraz demolka Unicaji w Maladze będąca milowym krokiem do ćwierćfinału. Nie mogłem się zdecydować, który z tych dwóch meczów dodać do tej listy z obecnego sezonu, więc wpisałem dwa. Mam nadzieję, że po ćwierćfinale z Olympiacosem nie będzie wątpliwości, który mecz był najważniejszy.

czwartek, 4 marca 2010

Pacesas niczym Pyrrus

Asseco Prokom Gdynia w ćwierćfinale to w tym momencie fakt mimo, iż do końca Top 16 mamy jeszcze jedną kolejkę. Nawet porażka w Kownie w Żalgirisem nic nie zmieniła, bo CSKA pokonało w Maladze Unicaję.

Starożytny król Pyrrus wygrywał wiele bitew, ale zawsze ponosił olbrzymie straty. Od niego pochodzi "pyrrusowe zwycięstwo", które w sporcie potocznie oznacza zwycięstwo nic nie dające wygranej drużynie. Prokom i trener Tomas Pacesas zrobili coś innego - przegrali mecz, ale porażka nic nie zmieniła. Może powinniśmy taką sytuację zacząć nazywać "pacesasową porażką"?

Żarty na bok, bo sukces jest niesamowity i z perspektywy np. października 2009 sensacyjny. Adam Romański wspomina dotychczasowe, czym troszkę mnie uprzedził, bo zamierzałem wygrzebać po powrocie z Kowna wyniki Lecha Poznań i reszty. Nie jest łatwo porównać tamte osiągnięcia z obecnymi, a antyprokomowcy mają jeden argument - wtedy w składzie byli sami Polacy. No cóź, zgadza się, ale to nie zmienia faktu, że wtedy były inne czasy, a teraz, czy komuś się to podoba czy nie, koszykówka wielonarodowa i rządzą w niej (w Europie) bogacze z południa kontynentu plus Rosja. Reszta w ćwierćfinale tej nowej ULEB-owskiej Euroligi bywa bardzo rzadko. Raz zdarzyło się to Olimpiji Lublana (ale wtedy była równolegle Euroligi i Suproliga), dwa razy Partizanowi Belgrad, ale gdzie nam porównywać się do Partizana?

Po prostu brawo. A teraz lejemy Olympiacos :-)

wtorek, 2 marca 2010

Przed Żalgiris - Prokom z Kowna

Już w środę Asseco Prokom Gdynia może przejść do historii polskiej koszykówki. Jeśli pokona w Kownie Żalgiris to awansuje do ćwierćfinału Euroligi. Zapowiedź i przedmeczowa rozmowa z trenerem Tomasem Pacesasem na sports.pl.



No dobra, to pani z litewskiej telewizji i to nie ta rozmowa będzie na sports.pl :-) Nastroje w zespole są bojowe, a hala na pewno będzie gorąca, chociaż Kowno przywitało Prokom śniegiem (który najwyraźniej z Polski powędrował we wschodnim kierunku).



Żalgiris gra nadal w obiekcie, który powstał pod koniec 1938 roku na trzecie mistrzostwa Europy zaplanowane na 1939. Litwini ten turniej wygrali (Polska zdobyła brąz), więc chyba było warto. Teraz, na EuroBasket 2011, powstaje nowy gigant mogący pomieścić kilkanaście tysięcy osób. Stara hala - mimo widocznej wiekowości - służy dzielnie do dzisiaj i pewnie, gdyby się uprzeć, to mogłaby być jedną z lepszych w PLK. Po renowacji kilka lat temu powiększyła swoją pojemność na 5000 miejsc. Pod sufitem w rogach hali jest trochę niebezpiecznie (niziutkie barierki), ale i tak widoczność stamtąd nie jest zła.



Starość nie radość, więc hala idealna nie jest i ma wiele nietypowych rozwiązań jak choćby te oto laweczki albo...



... tablica wyników. Z daleka tego nie widać, ale numery zawodników są ... naklejane stosownie do używanych w danym meczu. W oryginale tablica ma zamontowane na stałe numery od 4 do 15. Doklejana jest też nazwa zespołu, ale dzisiaj jeszcze widniał stary zestaw. Unicaja Malaga i np. 00 znikną do jutra.





A to już Powszechny Zakład Ubezpieczeń będący sponsorem Żalgirisu. Rzecz jasna chodzi o istniejącą d kilku lat litewską odnogę, czyli PZU Lietuva, ale to i tak dziwna sytuacja, nieprawdaż?. W Polsce PZU i koszykówka? Nieee...

piątek, 26 lutego 2010

Sinusoida Panathinaikosu


Rok temu w maju miałem okazję z bliska oglądać radość graczy Panathinaikosu Ateny tuż po wygraniu Euroligi. Teraz, ponad dwa miesiące przed kolejnym Final Four, wiemy, że Grecy tego sukcesu nie powtórzą.



Wtedy w Berlinie Panathinaikos był znakomity, a latem przecież jeszcze się wzmocnił. Porównajmy skład z finału z CSKA Moskwa z tym, który w czwartej kolejce obecnego Top 16 przegrał u siebie z Barceloną. Spośród dziewięciu zawodników, którzy wyszli na parkiet w maju tylko jednego nie ma w zespole teraz. To Kostas Tsartsaris. Został zastąpiony przez Marcusa Haislipa. W czym jest problem? Pomijając wszelkie aspekty typowo sportowe jak np. słabsza forma kilku koszykarzy, trener Żeljko Obradović ma najwyraźniej kłopoty z utrzymaniem motywacji na odpowiednim poziomie po spełnieniu i osiągnięciu wielkiego sukcesu. Czyż nie przeżywamy deja vu? Podobnie było przecież w sezonie 2007/2008 po wygraniu Euroligi w 2007 roku. Wtedy Koniczynki zostały wyeliminowane przez Partizan Belgrad, który zresztą był jednym z oprawców także w aktualnie trwających rozgrywkach.

Niepowodzenie Panathinaikosu i jego nieobecność w czołowej ósemce jeszcze bardziej podkreślają wyjątkowość ewentualnego sukcesu Asseco Prokomu. Znaleźć się w ćwierćfinale - to nie przypadek. Ale już jestem pewien, że za rok ateńczycy wrócą dwa razy mocniejsi chcąc się odbudować. Przecież wykres ich wyników w Eurolidze sezon po sezonie to ostatnio sinusoida, więc czas, by krzywa poszła w górę.

czwartek, 25 lutego 2010

Czy Massey jest pro(komo)rokiem?

Dwa lata temu powstała piosenka rapera Masseya na temat mistrzów Polski, w której było między innymi stwierdzenie: "Kto zwycięży w Eurolidze? Prokom. Zajdziemy wysoko!". Brzmiało dość śmiesznie, bo budziło skojarzenie ze zwycięstwem w całym sezonie, a wtedy było równie odległe jak udział w Meczu Gwiazd NBA dla Marcina Gortata. A nawet jeśli wziąć pod uwagę pojedyncze wygrane, to i tak było ich bardzo niewiele.

Ale czas szybko płynie, a sport jest piękny dzięki niespodziankom. Asseco Prokom Gdynia stoi teraz o krok od ćwierćfinału Euroligi. Co więcej - ma szansę na wygranie swojej grupy w fazie Top 16, przewagę parkietu w ćwierćfinale i rywala w swoim zasięgu w walce o Final Four (np. Chimki, które już pokonał). Jeszcze kilka miesięcy temu taka sytuacja wydawała się nierealna. Co więcej, jeszcze kilka tygodni temu sam awans do Top 16 wydawał się wielkim sukcesem. Teraz co mecz można przecierać oczy ze zdumienia patrząc na grę i wyniki mistrzów Polski. Apetyt rośnie i rośnie. Osobiście dwie godziny temu przyłapałem się na tym, że przez chwilę uznałem siedmiopunktowe (88:81) zwycięstwo nad wicemistrzem Euroligi z poprzedniego sezonu, niepokonanym od 10 spotkań CSKA Moskwa za duży niedosyt. Dlaczego? Bo Prokom na wyjeździe przegrał 73:84 i ma gorszy bilans bezpośrednich spotkań.

Owszem - losowanie było udane, bo np. z trzeciego koszyka zamiast Żalgirisu Kowno można było teoretycznie trafić na Maccabi Tel Awiw. Ale to już niekoniecznie nasz problem. Sukces Prokomu jest niebywały, bo do najlepszej ósemki rzadko ma okazję dotrzeć "kopciuszek." Zazwyczaj są w niej potentaci, czyli kluby z najsilniejszych lig (włoska, hiszpańska, grecka, turecka, rosyjska) i izraelski rodzynek Maccabi. W ostatnim dziesięcioleciu tylko trzykrotnie dostał się tam zespół spoza tej grupy - raz Olimpija Lublana, a dwukrotnie Partizan Belgrad. Prokom buduje przy okazji swoją renomę, co jest bardzo ważne, bo marzy przecież o wieloletniej licencji Euroligi dla klubu (a nie dla kraju). Renoma pomoże też na zatrudnienie lepszych graczy przed kolejnym sezonie.

Wygrana z Realem Madryt, wygrana w Maladze z Unicają, wygrana z CSKA Moskwa, awans do ćwierćfinału Euroligi. Tak się zdobywa uznanie w Europie. A jak tak dalej pójdzie, to może Massey zostanie pro(komo)rokiem?

czwartek, 10 września 2009

EuroBasket: Dla kogo jest catering?

Sporo kontrowersji wywołuje kwestia cateringu dla mediów podczas mistrzostw Europy. Ostatnio przeczytałem opinię, że skoro dziennikarze tak narzekają, to widać po co przychodzą na mecze - najeść się. A przecież nie o to w całej sprawie chodzi.

Można sobie żartować z tej sytuacji, ale to wcale nie jest zabawne. Przekąski i napoje to rzeczy, które powinny być przez organizatorów dostarczane w ilościach wystarczających dla wszystkich, którzy są tam obecni. I wcale nie chodzi tu o mnie i innych Polaków. My się z tego pośmiejemy i tyle. A podstawowym problemem jest zagraniczny dziennikarz. On przychodzi na halę, ogląda mecz, w przerwie chce coś przekąsić, bo po spotkaniu będzie musiał szybko biec do strefie mieszanej porozmawiać z zawodnikami, po czym napisać teksty lub zmontować nagrania. Potem drugie spotkanie i ten sam scenariusz. Jeśli w przerwie gość z Hiszpanii, Litwy czy Francji nie znajdzie żadnej przekąski, kawy czy chociażby wody, to jest głodny. Jeśli jest głodny, to jest wkurzony. Jeśli jest wkurzony, to pisze o tym wszystkim w swoich mediach. A wizerunek Polski i naszego EuroBasketu bardzo na tym cierpi odstraszając w jakiś sposób potencjalnych kolejnych gości z tych krajów. To bardzo prosty ciąg przyczynowo-skutkowy, a organizatorzy albo o nim zapomnieli albo nie mają na to fundusze. Tylko na co oni wydają pieniądze wpłacone przez poszczególne miasta? To pytanie stawiają sobie np. w Poznaniu.

Nie widziałem jak było w Gdańsku, Poznaniu czy Warszawie, ale słyszałem, że na podobnym poziomie jak we Wrocławiu. Kawa i herbata - w miarę ok. Zimne napoje - kiepsko. Przekąski - tragedia. Kanapek nie napotkałem ani razu, ale ktoś tam mówił, że się pojawiały. W środę rzucono na stół (niemal dosłownie) kilkanaście paczek paluszków. Coś na ciepło - raz na dłuższy czas przychodziły dwie panie, ustawiała się długa kolejka i można było dostać kilka klusek. Zresztą w okolicy miejsc dla kibiców, gdzie można zakupić jedzenie było jak na lekarstwo - budka z zapiekankami, stoisko KFC i jeden ogródek piwny. Wszystkie dość daleko od strefy mediów. Już to widzę jak jakiś Litwin biegnie po zapiekankę na drugą stronę hali i czeka tam w kolejce w przerwie spotkania Litwa - Polska.

Jak wygląda dobry catering? Byłem w Berlinie na Final Four Euroligi i mam bardzo pozytywne wrażenia odnośnie organizacji. Wszystko przygotowane świetnie. Jak tam to wyglądało w kwestii jedzenia? Praktycznie nie brakowało go na stołach, a Grecy potrafią być bardzo łapczywi i łakomi zjadając szynkę już z tacy niesionej przez kelnera :-) Chleb, a do tego wspomniana szynka, ser, dżem, nutella - do wyboru co kto lubi. Mnóstwo owoców - banany, jabłka, pomarańcze, a także placek i w porze obiadu (a raczej obiadokolacji) ciepła zupa. Lodówka cały czas pełna napojów, do zamówienia kawa i herbata. A na dodatek obok trybuny medialnej trzy stanowiska (dla kibiców także), w których sprzedawano hot-dogi, kawę, ciastka itd.

Wyobrażam sobie, jaką opinię miałbym o Eurolidze i Berlinie, gdybym musiał uczestniczyć w sprincie po wodę mineralną i stać w kilkunastometrowej kolejce po trzy kluski z plastikowym talerzykiem niczym pensjonariusz schroniska dla bezdomnych...