Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Pierce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Pierce. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 października 2010

Gościnny występ Celta

Noc z wtorku na środę, godz. 1:30 polskiego czasu. Wielka inauguracja NBA. Miami Heat jadą do Bostonu, by zmierzyć się z Celtics. Wszyscy zastanawiają się, jak będzie wyglądał w tym sezonie zespół z Florydy. A Celtowie? Oddajmy głos jednemu z najwierniejszych kibiców.

(Przed)ostatnia akcja

Jest taki skecz Monthy Pytona, w którym budynek opanowany przez podstarzałych księgowych zamienia się w statek piracki i rusza na burzliwe morza światowej finansjery, a trasę jego rejsu znaczą kolejne udane abordaże. Boston Celtics AD 2010/11, najweselszy dom spokojnej starości po tej stronie Rio Grande, też szykuje się do frontalnego ataku na „nową, odmłodzoną” NBA. Panie i panowie, szykujcie maski tlenowe i klej do protez, bo będzie się działo!

Tegoroczny debiutant Avery Bradley (rocznik 1990) nauczył się chodzić dzień po tym, jak Shaq złamał swoją pierwszą tablicę. Bradley nie widział meczu w którym Ray Allen rzucił swoje pierwsze 30 punktów w NBA, bo akurat wypadła mu jedynka i siedział u dentysty. Popisy duetu Pierce-Walker już oglądał, ale przez to nie odrobił zadania domowego z matmy. Jermaine’a O’Neala podziwiał gdy akurat był chory na świnkę, a plakat Kevina Garnetta miał nad łóżkiem.

Spokojnie… ta historia jest zmyślona, ale dzięki temu pasuje chyba do każdego młodego gracza w NBA. A tych z roku za rok jest coraz więcej, bo „odmładzanie” to ulubione zajęcie wszystkich… prawie wszystkich menedżerów NBA. Danny Ainge, jakby „na przekór glinom, na przekór tankom” poszedł w przeciwnym kierunku. Zamiast odmładzać, do i tak starej drużyny ściągnął kolejnych weteranów. Cel? Mistrzostwo. Czas? Jeśli nie teraz, to za rok – w lecie 2012 roku umowy kończą się wszystkim, poza Piercem i Rondo.

Czy taki układ ma szanse wypalić? Tak, bo…

Skład. Pierce, Garnett czy Allen to nie klasa Wade’a czy Bosha, ale z drużyn pretendujących do tytuły to właśnie C’s mają najlepszego rozgrywającego (Rondo) i najszerszą ławkę.

Trener. Eric Spoelstra? Stan van Gundy? Bez żartów. Doc Rivers przez trzy lata pracy w Bostonie udowodnił, że jest świetnym fachowcem i ustępuje chyba tylko Philowi Jacksonowi.

Atmosfera: Dodajcie do ulubionych Twittera Nate’a Robinsona i możecie spokojnie zrezygnować z Comedy Central.

W tej słodziutkiej beczce jest jednak spore wiaderko gorzkiego dziegciu. Prawdopodobieństwo tego, że jednemu ze Starszych Panów w pewnym momencie nie wytrzyma kolano/kostka/plecy/wątroba (niepotrzebnego nie skreślać!) jest pewne jak wąs Adama Małysza. Atmosfera też może ulecieć, a wtedy nawet najlepszy trener nie pomoże. Poza tym istnieje duża szansa, że po prostu inni będą lepsi. Chronos jest nieubłagany, to już nie lata 90, to NBA2k11, baby!

Jako kibic Celtics, który po 18 latach oglądania rzadkich wzlotów i częstych upadków doczekał się w końcu mistrzostwa (I’ve got my own jak wyryczał KG) nie mam presji na kolejny tytuł. Będzie? Super! Nie będzie? Też fajnie. Liczy się dobra koszykówka i dobra zabawa. A to akurat Boston Celtics AD 2010/11 gwarantują mi w stu procentach.

Piotr Szeleszczuk

sobota, 19 czerwca 2010

Lekko skisła wisienka na finałowym torcie

Tegoroczny finał NBA był (jako całość) najlepszy w XXI wieku obok finału z 2006 roku pomiędzy Miami Heat i Dallas Mavericks, ale ostatni mecz Lakers i Celtics jednak zawiódł.

I nie chodzi tu o porażkę Celtics, którym sprzyjałem, ale o obraz gry w tym spotkaniu. Póżniejszy MVP rzucający w kant tablicy? Nieco ponad 20% skuteczności póżniejszego mistrza przez trzy kwarty? Straty, pudła, dziesiątki "bezpańskich" piłek. Nie tego oczekiwałem po Game Seven i nie tego chciałem w najważniejszym koszykarskim wydarzeniu tego sezonu. Cóż, najwyraźniej stawka spotkaniu potrafi sparaliżować nawet Kobego Bryanta i Raya Allena.

Nawet z takiego "błotnego" widowiska można jednak zrobić pasjonujący film. Walka, walka, jeszcze raz walka. Owszem lubimy walkę.Ba! Kochamy walkę! Ale lubimy też, gdy czasem ktoś jednak trafi do kosza.


Finały przeszły do historii, ale na pewno zostaną zapamiętane. Nie tylko dlatego, że jak słusznie zauważył Supergigant Kobe jest jednym z najgorszych MVP w historii. Także dlatego, że każdy mecz - co niespotykane - miał innego bohatera.

Mecz numer 1 - Kobe Bryant
Mecz numer 2 - Ray Allen/Rajon Rondo (jak kto woli)
Mecz numer 3 - Derek Fisher
Mecz numer 4 - Glen Davis
Mecz numer 5 - Paul Pierce
Mecz numer 6 - Pau Gasol
Mecz numer 7 - Ron Artest

Pamiętacie taką sytuację? Ja nie.

A na koniec Ron zwariował :-)

sobota, 24 kwietnia 2010

Never underestimate Paul Pierce

Kto wykonał pierwszego zwycięskiego buzzer-beatera w tegorocznych play-offach NBA? LeBron James? Kobe Bryant? Kevin Durant? Carmelo Anthony? Nie.

Paul Pierce. W trzecim meczu Boston Celtics z Miami Heat Pierce pokazał swoją wyższość nad gwiazdą rywali Dwyanem Wadem. Chwilę wcześniej Wade spudłował (a na dodatek spadł na nogę rywala i nie wrócił już na boisko). Pierce nie pomylił się. Jeden prosty zwód i trafienie. Dorrell Wright nie miał szans. 100:98 dla Celtów.


Pierce (pseudonim The Truth czyli prawda) to jedna z gwiazd NBA z drugiego szeregu. Nie jest tak medialny jak James i Bryant, tak skuteczny jak Durant, tak efektowny jak Wade. Ale w przeciwieństwie do chociażby Jamesa ma już przecież tytuł mistrzowski z 2008 roku oraz tytuł MVP finałów. Jego statystyki nie są tak okazałe, jak kilku innych graczy na jego pozycji, bo przecież w składzie Celtics są aż trzy inne gwiazd - Kevin Garnett, Ray Allen oraz Rajon Rondo, którego od obecnego sezonu też możemy tak nazywać.

Boston nie jest w tym sezonie brany na poważnie jako kandydat do gry w finale, ale never underestimate the heart of a champion. W pierwszym meczu w połowie trzeciej kwarty Heat prowadzili 61:47 na wyjeździe. Czy ktoś wtedy przypuszczał, że po trzech meczach będzie 3-0?

Pamiętacie hasło z X-Files? The Truth is out there.