Najpierw była lekcja teorii od Raya Allena "wypuszczona" przez NBA w piątkowe popołudnie:
Potem była lekcja praktyki w wykonaniu Raya Allena w meczu przeciwko Knicks. 8/11 za 3. Kabuuuum!
Drodzy New York Knicks, Celtics zniszczyli was atakiem (więcej tutaj), więc może lepiej już jechać na ryby przy stanie 0-3?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New York Knicks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New York Knicks. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 kwietnia 2011
wtorek, 19 kwietnia 2011
Go New York Go!
Jeśli miałbym kogoś wybierać w parze Boston Celtics – New York Knicks, to raczej tych pierwszych. Ale, jak to się zwykło ładnie mówić, “dla widowiska” lepiej byłoby, gdyby to Knicks wygrali drugi mecz w TD Garden i wyrównali serię na 1-1.
Trudno się pozbierać po meczu przegranym przedostatnią akcją (więcej o nim tutaj), w którym przez większość czasu się prowadziło i miało na dodatek rzut na zwycięstwo. Ale Knicks nie mają wyjścia. Trzeba “spiąć pośladki” i gryźć parkiet jeszcze raz. Jak to zrobić, skoro boiskowy lider tego zespołu Mr. Big Shot Chauncey Billups jest według różnych źródeł “questionable”, “very doubtful” i “almost out” przed drugim meczem z powodu urazu kolana? Czy Toney Douglas będzie w stanie zastąpić go w pełni? Bo pewnie to on, a nie Anthony Carter trafi do pierwszej piątki. Jestem zdania, że pod względem statystyk Douglas jest w stanie to zrobić (chociaż ktoś wtedy musiałby “pokryć” liczby Toneya:-)), ale mentalnie? W sumie też miał przecież swój Big Shot w niedzielę. I na dodatek jest lepszym obrońcą od Billupsa. Jeśli Rajon Rondo w pierwszym meczu nie był sobą (będąc o krok od triple-double - brzmi dziwnie co nie?) głównie przeciwko Billupsowi, to Douglas może tu stać się X-factorem.
Klucz numer 2 - Landry Fields. Praktycznie pusty przebieg w niedzielę debiutanta, którego na razie play-offy przerosły. Statystyki pod double-double i ograniczenie popisów Raya Allena - to zadanie dla niego.
I jest jeszcze Carmelo Anthony. Nawet nie liczę na jego superhipermecz, 40 punktów i game-winner. Niech po prostu “uciuła” 25 na przyzwoitej skuteczności i nie złapie dwóch fauli w początkowe 100 sekund. Niech będzie zdecydowanie bardziej aktywny niż na klipie powyżej. Niech nie przeszkadza Amar'e Stoudemire'owi.
Go New York Go!
[edit]
Jeśli macie wątpliwości, to poniżej (thanks to Adam Więckowski) wersja, która nie pozostawia nam wyboru. Go New York Go!
środa, 6 kwietnia 2011
Kto kogo (do)goni na Wschodzie NBA?
Kilka godzin temu było o Konferencji Zachodniej tydzień przed końcem rundy zasadniczej NBA. Teraz czas na Konferencję Wschodniej. Tutaj sytuacja jest równie ciekawa.
Pierwsze miejsce dla Chicago Bulls (57-20) jest niemal pewne. Byki grają jeszcze u siebie z Bostonem (54-23), a także z Cleveland, Orlando, New York (w) i New Jersey (d). Boston ma oprócz Chicago także Washington (d i w), Miami (w) i New York (d). Miami Heat (także 54-23) mają oprócz Bostonu Milwaukee, Charlotte (d), Atlantę i Toronto (w). W najgorszej sytuacji w walce o pierwsze miejsce są Heat, którzy co prawda mają najłatwiejszych rywali (poza meczem z Celtics), ale za to gorszy bilans bezpośretnich spotkań i z Bostonem, i z Chicago. By wygrać Konferencję Wschodnią musieliby zwyciężyć wszystkie mecze do końca i liczyć na cztery porażki Byków. Teoretycznie to wykonalne, bo nawet w Cleveland da się przegrać, ale praktycznie? Nie bardzo. Dlatego pierwszą pozycję zajmą Bulls albo Celtics. Co muszą zrobić Celtowie? Na pewno wygrać wszystkie mecze, w tym w Chicago, a poza potrzebują wpadek Byków w Orlando i Nowym Jorku (lub wspomnianym Cleveland). Nie wierzę, by Derrick Rose i spółka mogli w ostatniej chwili zmarnować wcześniejszą przewagę. Zresztą - obstawiam, że po prostu wygrają u siebie z Celtics i będzie po sprawie. Potem mogą sobie pozwolić na wpadkę np. w Nowym Jorku. Mój werdykt: 1. Chicago (61-21).
Co z Miami i Bostonem? Heat muszą wygrać jeden mecz więcej niż rywale. Najprościej będzie to zrobić pokonując ich u siebie. Wtedy wszystko będzie zależało od nich - wystarczy nie przegrać w Atlancie (bo pozostałe mecze to bułka z masłem). Heat mogą nawet pozwolić sobie na porażkę z Celtics, jeśli ci wcześniej przegrają w Chicago i np. w Waszyngtonie lub u siebie z Knicks. Czemu nie? Skoro w TD Garden niedawno wygrali Bobcats... Mój werdykt. 2. Miami (59-23), 3. Boston (57-25). Celtics przegrają dwa mecze z głównymi rywalami. Reszta nie będzie miała znaczenia. Od razu dodam: 4. Magic. Tutaj nic się nie zmieni
Atlanta Hawks (44-34) są o krok od zapewnienia sobie piątej pozycji, ale może się okazać, że tego kroku im zabraknie. Do końca rundy zasadniczej czekają ich następujące mecze: Indiana, Washington (w), Miami (d), Charlotte (w). Jeśli przegrają wszystkie mecze, to będą mogli zostać doścignięci przez Philadelphia 76ers (40-38) lub New York Knicks (39-38). Warunek? Jedna z tych ekip musi rozegrać końcówkę rundy "na czysto". Plan 76ers: New York, Toronto, Orlando, Detroit (wszystko u siebie). Plan Knicks: Philadelphia, New Jersey, Indiana (w), Chicago (d), Boston (w). Zdecydowanie bardziej prawdopodobny jest komplet zwycięstw 76ers. Pytanie tylko czy Szóstki będą chciały pchać się na piąte miejsce, grać z Magic i być "zmiażdżonym" przez Dwighta Howarda? Może to szaleństwo, ale prędzej spodziewałbym się "upsetu" z ich strony w konfrontacji z Celtics... Mój werdykt: 5. Hawks (45-37). Wygrają jeden z pierwszych dwóch meczów wyjazdowych i potem będzie im "wszystko jedno".
"Gonitwa" 76ers i Knicks tylko teoretycznie będzie zależna od ich bezpośredniego meczu. Philly może go nawet przegrać, a komplet zwycięstw w pozostałych meczach powinien dać jej 6. miejsce, jeśli Knicks przegrają dwa razy. A łatwo nie mają. Mogą nawet spaść na ósmą pozycję. Indiana Pacers (35-43) musieliby wygrać wszystkie mecze, a Knicks przegrać. To scenariusz ekstremalny, ale jakieś 0,5% szans można mu dać. Pacers raczej powinni oglądać się za plecy. Ich plan: Washington (d), Atlanta (d), New York (d), Orlando (w). Plan Charlotte (32-45): Orlando (d), Miami (w), Detroit (d), New Jersey (w), Atlanta (d). Plan Milwaukee (31-46): Miami (w), Detroit (w), Cleveland (d), Toronto (d), Oklahoma (w). Właściwie tych ostatnich możemy z rozważań wyłączyć, bo wygrane z Heat i Thunder to dla nich fantasmagorie. Bez obydwu ósme miejsce jest niemożliwe. A Charlotte? Jeśli porażkę w Miami wliczymy "w koszta", to bilans 4-1 daje im nadzieję. Indiana musi jednak przegrać trzy razy. Tyle, że ma trzy mecze u siebie i wyjazd do grających od dłuższego o nic Magic. Mój werdykt. 6. 76ers (44-38), 7. Knicks (41-41), 8. Pacers (39-43), 9. Bobcats (34-48). Szóstki wygrają wszystkie mecze, a Knicks przegrają w Bostonie i Indianie. Ale za to ograją pewnych pierwszego miejsca Bulls. Pacers wygrają wszystkie mecze, nawet w Orlando. Bobcats przegrają dwa pierwsze mecze i potem się "rozkleją". Ale na koniec w meczu rezerw jeszcze pokonają Hawks.
Pierwsze miejsce dla Chicago Bulls (57-20) jest niemal pewne. Byki grają jeszcze u siebie z Bostonem (54-23), a także z Cleveland, Orlando, New York (w) i New Jersey (d). Boston ma oprócz Chicago także Washington (d i w), Miami (w) i New York (d). Miami Heat (także 54-23) mają oprócz Bostonu Milwaukee, Charlotte (d), Atlantę i Toronto (w). W najgorszej sytuacji w walce o pierwsze miejsce są Heat, którzy co prawda mają najłatwiejszych rywali (poza meczem z Celtics), ale za to gorszy bilans bezpośretnich spotkań i z Bostonem, i z Chicago. By wygrać Konferencję Wschodnią musieliby zwyciężyć wszystkie mecze do końca i liczyć na cztery porażki Byków. Teoretycznie to wykonalne, bo nawet w Cleveland da się przegrać, ale praktycznie? Nie bardzo. Dlatego pierwszą pozycję zajmą Bulls albo Celtics. Co muszą zrobić Celtowie? Na pewno wygrać wszystkie mecze, w tym w Chicago, a poza potrzebują wpadek Byków w Orlando i Nowym Jorku (lub wspomnianym Cleveland). Nie wierzę, by Derrick Rose i spółka mogli w ostatniej chwili zmarnować wcześniejszą przewagę. Zresztą - obstawiam, że po prostu wygrają u siebie z Celtics i będzie po sprawie. Potem mogą sobie pozwolić na wpadkę np. w Nowym Jorku. Mój werdykt: 1. Chicago (61-21).
Co z Miami i Bostonem? Heat muszą wygrać jeden mecz więcej niż rywale. Najprościej będzie to zrobić pokonując ich u siebie. Wtedy wszystko będzie zależało od nich - wystarczy nie przegrać w Atlancie (bo pozostałe mecze to bułka z masłem). Heat mogą nawet pozwolić sobie na porażkę z Celtics, jeśli ci wcześniej przegrają w Chicago i np. w Waszyngtonie lub u siebie z Knicks. Czemu nie? Skoro w TD Garden niedawno wygrali Bobcats... Mój werdykt. 2. Miami (59-23), 3. Boston (57-25). Celtics przegrają dwa mecze z głównymi rywalami. Reszta nie będzie miała znaczenia. Od razu dodam: 4. Magic. Tutaj nic się nie zmieni
Atlanta Hawks (44-34) są o krok od zapewnienia sobie piątej pozycji, ale może się okazać, że tego kroku im zabraknie. Do końca rundy zasadniczej czekają ich następujące mecze: Indiana, Washington (w), Miami (d), Charlotte (w). Jeśli przegrają wszystkie mecze, to będą mogli zostać doścignięci przez Philadelphia 76ers (40-38) lub New York Knicks (39-38). Warunek? Jedna z tych ekip musi rozegrać końcówkę rundy "na czysto". Plan 76ers: New York, Toronto, Orlando, Detroit (wszystko u siebie). Plan Knicks: Philadelphia, New Jersey, Indiana (w), Chicago (d), Boston (w). Zdecydowanie bardziej prawdopodobny jest komplet zwycięstw 76ers. Pytanie tylko czy Szóstki będą chciały pchać się na piąte miejsce, grać z Magic i być "zmiażdżonym" przez Dwighta Howarda? Może to szaleństwo, ale prędzej spodziewałbym się "upsetu" z ich strony w konfrontacji z Celtics... Mój werdykt: 5. Hawks (45-37). Wygrają jeden z pierwszych dwóch meczów wyjazdowych i potem będzie im "wszystko jedno".
"Gonitwa" 76ers i Knicks tylko teoretycznie będzie zależna od ich bezpośredniego meczu. Philly może go nawet przegrać, a komplet zwycięstw w pozostałych meczach powinien dać jej 6. miejsce, jeśli Knicks przegrają dwa razy. A łatwo nie mają. Mogą nawet spaść na ósmą pozycję. Indiana Pacers (35-43) musieliby wygrać wszystkie mecze, a Knicks przegrać. To scenariusz ekstremalny, ale jakieś 0,5% szans można mu dać. Pacers raczej powinni oglądać się za plecy. Ich plan: Washington (d), Atlanta (d), New York (d), Orlando (w). Plan Charlotte (32-45): Orlando (d), Miami (w), Detroit (d), New Jersey (w), Atlanta (d). Plan Milwaukee (31-46): Miami (w), Detroit (w), Cleveland (d), Toronto (d), Oklahoma (w). Właściwie tych ostatnich możemy z rozważań wyłączyć, bo wygrane z Heat i Thunder to dla nich fantasmagorie. Bez obydwu ósme miejsce jest niemożliwe. A Charlotte? Jeśli porażkę w Miami wliczymy "w koszta", to bilans 4-1 daje im nadzieję. Indiana musi jednak przegrać trzy razy. Tyle, że ma trzy mecze u siebie i wyjazd do grających od dłuższego o nic Magic. Mój werdykt. 6. 76ers (44-38), 7. Knicks (41-41), 8. Pacers (39-43), 9. Bobcats (34-48). Szóstki wygrają wszystkie mecze, a Knicks przegrają w Bostonie i Indianie. Ale za to ograją pewnych pierwszego miejsca Bulls. Pacers wygrają wszystkie mecze, nawet w Orlando. Bobcats przegrają dwa pierwsze mecze i potem się "rozkleją". Ale na koniec w meczu rezerw jeszcze pokonają Hawks.
środa, 2 marca 2011
Dzisiaj Wilt Chamberlain zdobył 100 punktów
49 lat temu w NBA doszło do historycznego wydarzenia. 2 marca 1962 roku Wilt Chamberlain zdobył 100 punktów. Ten rekord do dzisiaj nie został pobity. Nic nie ujmując z legendy "Szczudła" warto z tej okazji przypomnieć, że ówczesny koszykarz Philadelphia Warriors trzycyfrową zdobycz zawdzięcza w dużej mierze kolegom. A końcówka meczu była "trochę" kuriozalna.
Richie Guerin z New York Knicks (którzy wtedy przegrali w Filadelfii 169:147) wspomina:
I'm not saying this to take anything away from Wilt. I think Wilt is the best big man to play the game--ever. I am convinced that he can go out there today at 50-some years old and be better than most of the guys starting now. But that game was not played as it should have been played. The second half was a travesty. I don't care what the Philly people say, I'm convinced that during the half they decided to get Wilt 100. He took nearly every shot. In the normal flow, Wilt would have scored 80-85 points which is mind-boggling when you thing about it. I'm sorry, this may be basketball history but I always felt very bad about that game. I got so sick of it that I intentionally fouled out.
Warriors bardzo chcieli, żeby Chamberlain zdobył “setkę” i podawali w każdej akcji piłkę do niego nie zważając na wynik (który nie miał większego znaczenia, bo miejsca przed play-offami i tak byly rozdane). Knicks z kolei nie chcieli być zespołem, ktory pozwolił jednemu zawodnikowi zdobyć 100 punktów i faulowali każdego kto dostał piłkę z wyjątkiem Chamberlaina. Trener Warriors wpuścił na parkiet rezerwowych i zabronił dotykać piłki komukolwiek poza “Szczudłem”. Warriors także faulowali rywali, więc końcówka przeciągała się w nieskończoność.
W ostatniej minucie Chamberlain miał już na koncie 98 punktów i... zablokował się. Dostał piłkę, ale spudłował dwa razy.
Harvey Pollack, szef public relations ówczesnych Philadelphia Warriors (teraz Golden State Warriors, nie mylić z Philadelphia 76ers) opowiada: Here is exactly what happened for the 100th point. Wilt took a shot and missed and missed. It rebounded out to Joe Ruklick. Even this has been disputed, because the NBA said it was Paul Arizin, but I called them and they changed it. Rulick got the ball, passed it to Wilt and Wilt made a layup, not a dunk as some people reported. The ball went through the rim with 46 seconds left, the fans rushed on the court and the game ended there.
New York Times z... 2002 roku:
The crowd of 4,000 in the Hershey Sports Arena had been chanting for Chamberlain to get 100. When he did, the fans erupted. ''I ran to the scorer's table,'' Ruklick said. ''I wanted to make sure they got that assist down. I knew I was going to be part of a once-in-a-lifetime moment.''
Wilt nie był do końca zadowolony ze swojego występu. Uważał, że 63 rzuty to za dużo i zdarzały mu się lepsze mecze.
The 100-point game will never be as important to me as it is to some other people. That's because I'm embarrassed by it. After I got into the 80s, I pushed for 100 and it destroyed the game because I took shots that I normally never would. I was not real fluid. I mean, 63 shots? You take that many shots on the playground and no one ever wants you on their team again. I never considered myself a gunner. I led the league in scoring because I also led them in field goal percentage. I've had many better games than this one, games where I scored 50-60 and shot 75 percent.
Te filmy pokazują jak grał Chamberlain, ale to nie jest fragment rekordowego meczu. Dlaczego? Wilt wyjaśnia:
What I like best about the 100-point game is that there is no videotape or film of it. There is just a scratchy radio tape. The game is shrouded in myth and mystery, and over the years people have been able to embellish it without facts getting in the way. As I've traveled the world, I've probably had 10,000 people tell me that they saw my 100 point game at Madison Square Garden. Well, the game was in Hershey and there were about 4,000 [actually 4,124] there. But that's fine. I have memories of the game and so do they, and over the years the memories get better. It's like your first girlfriend--the picture you have in your head is always better than how she looked in real life.
I jeszcze ciekawostka - Harvey Pollack wyjaśnia skąd wzięło się zdjęcie na początku tego wpisu:
The one famous picture from the game is Wilt in the dressing room holding up a little sign that said, "100." The photographers wanted something special and I just grabbed a piece of paper, wrote 100 on it, Wilt held it up and it went all over the country.
Kawałek papieru. Chociażby to pokazuje, że koszykówka i NBA w porównaniu do obecnej machiny marketingowej były zuuuuupełnie innym światem...
Czy takie 100 punktów w meczu “o nic” jest warte więcej niż chociażby 81 punktów Kobego Bryanta w środku rundy zasadniczej lub 63 punkty Michaela Jordana w play-offach w 1986 roku? Z jednej strony znaczenie spotkania jest zdecydowanie różne. Z drugiej - 100 to wręcz niewyobrażalna liczba. Jeśli teraz na początku kwietnia ktoś zdecydowałby się, by np. wywindować Kevina Duranta, Dwighta Howarda, LeBrona Jamesa do takiego poziomu i podawać im piłkę w każdej akcji, to czy udałoby im się osiągnąć setkę? Wątpię.
Richie Guerin z New York Knicks (którzy wtedy przegrali w Filadelfii 169:147) wspomina:
I'm not saying this to take anything away from Wilt. I think Wilt is the best big man to play the game--ever. I am convinced that he can go out there today at 50-some years old and be better than most of the guys starting now. But that game was not played as it should have been played. The second half was a travesty. I don't care what the Philly people say, I'm convinced that during the half they decided to get Wilt 100. He took nearly every shot. In the normal flow, Wilt would have scored 80-85 points which is mind-boggling when you thing about it. I'm sorry, this may be basketball history but I always felt very bad about that game. I got so sick of it that I intentionally fouled out.
Warriors bardzo chcieli, żeby Chamberlain zdobył “setkę” i podawali w każdej akcji piłkę do niego nie zważając na wynik (który nie miał większego znaczenia, bo miejsca przed play-offami i tak byly rozdane). Knicks z kolei nie chcieli być zespołem, ktory pozwolił jednemu zawodnikowi zdobyć 100 punktów i faulowali każdego kto dostał piłkę z wyjątkiem Chamberlaina. Trener Warriors wpuścił na parkiet rezerwowych i zabronił dotykać piłki komukolwiek poza “Szczudłem”. Warriors także faulowali rywali, więc końcówka przeciągała się w nieskończoność.W ostatniej minucie Chamberlain miał już na koncie 98 punktów i... zablokował się. Dostał piłkę, ale spudłował dwa razy.
Harvey Pollack, szef public relations ówczesnych Philadelphia Warriors (teraz Golden State Warriors, nie mylić z Philadelphia 76ers) opowiada: Here is exactly what happened for the 100th point. Wilt took a shot and missed and missed. It rebounded out to Joe Ruklick. Even this has been disputed, because the NBA said it was Paul Arizin, but I called them and they changed it. Rulick got the ball, passed it to Wilt and Wilt made a layup, not a dunk as some people reported. The ball went through the rim with 46 seconds left, the fans rushed on the court and the game ended there.
New York Times z... 2002 roku:
The crowd of 4,000 in the Hershey Sports Arena had been chanting for Chamberlain to get 100. When he did, the fans erupted. ''I ran to the scorer's table,'' Ruklick said. ''I wanted to make sure they got that assist down. I knew I was going to be part of a once-in-a-lifetime moment.''
Wilt nie był do końca zadowolony ze swojego występu. Uważał, że 63 rzuty to za dużo i zdarzały mu się lepsze mecze.
The 100-point game will never be as important to me as it is to some other people. That's because I'm embarrassed by it. After I got into the 80s, I pushed for 100 and it destroyed the game because I took shots that I normally never would. I was not real fluid. I mean, 63 shots? You take that many shots on the playground and no one ever wants you on their team again. I never considered myself a gunner. I led the league in scoring because I also led them in field goal percentage. I've had many better games than this one, games where I scored 50-60 and shot 75 percent.
Te filmy pokazują jak grał Chamberlain, ale to nie jest fragment rekordowego meczu. Dlaczego? Wilt wyjaśnia:
What I like best about the 100-point game is that there is no videotape or film of it. There is just a scratchy radio tape. The game is shrouded in myth and mystery, and over the years people have been able to embellish it without facts getting in the way. As I've traveled the world, I've probably had 10,000 people tell me that they saw my 100 point game at Madison Square Garden. Well, the game was in Hershey and there were about 4,000 [actually 4,124] there. But that's fine. I have memories of the game and so do they, and over the years the memories get better. It's like your first girlfriend--the picture you have in your head is always better than how she looked in real life.
I jeszcze ciekawostka - Harvey Pollack wyjaśnia skąd wzięło się zdjęcie na początku tego wpisu:
The one famous picture from the game is Wilt in the dressing room holding up a little sign that said, "100." The photographers wanted something special and I just grabbed a piece of paper, wrote 100 on it, Wilt held it up and it went all over the country.
Kawałek papieru. Chociażby to pokazuje, że koszykówka i NBA w porównaniu do obecnej machiny marketingowej były zuuuuupełnie innym światem...
Czy takie 100 punktów w meczu “o nic” jest warte więcej niż chociażby 81 punktów Kobego Bryanta w środku rundy zasadniczej lub 63 punkty Michaela Jordana w play-offach w 1986 roku? Z jednej strony znaczenie spotkania jest zdecydowanie różne. Z drugiej - 100 to wręcz niewyobrażalna liczba. Jeśli teraz na początku kwietnia ktoś zdecydowałby się, by np. wywindować Kevina Duranta, Dwighta Howarda, LeBrona Jamesa do takiego poziomu i podawać im piłkę w każdej akcji, to czy udałoby im się osiągnąć setkę? Wątpię.
Etykiety:
koszykówka,
NBA,
New York Knicks,
Philadelphia Warriors,
Wilt Chamberlain
poniedziałek, 28 lutego 2011
Uśmiech Allana Houstona
Allan Houston mógł się szeroko uśmiechnąć w ostatnim dniu lutego. Czyżby wracała wielka rywalizacja Knicks - Heat?
W zasadzie nie mam nic przeciwko TAKIEJ serii play-off jak np. w 1999 roku:
Na razie New York Knicks postawili pierwszy statement po transferze Carmelo Anthony’ego i Chaunceya Billupsa z Denver Nuggets. Naturalna reakcja na to wzmocnienie brzmiała: “fajnie, w ataku Melo, Billups i Amar’e Stoudemire będą znakomici, ale nie będą bronić.”
I co? I w decydującej akcji powstrzymali Miami Heat defensywą. Knicks prowadzili 87:86, LeBron James miał piłkę, chciał minąć Anthony’ego, ale kiepsko mu to wyszło. A na dodatek Stoudemire pomógł koledze blokiem.
Anthony przyznał po meczu, że sam chciał bronić przeciwko Jamesowi. I want challenges.Knicks przypieczętowali wygraną 91:86 rzutami wolnymi.
Melo - LeBron 1:0.
Ciąg dalszy w play-offach? Nie ma nic przeciwko, chociaż prywatnie obstawiam, że Heat zajmą jednak pierwsze miejsce w Konferencji Wschodniej. A dodatkowo chciałbym, żeby Knicks dali się wyprzedzić będącym w znakomitej dyspozycji Philadelphia 76ers (9-3 w lutym!).
Inna sprawa, że:
The atmosphere was crazy - Knicks guard Anthony Carter said.
Nawet oglądając mecz z odtworzenia przed komputerem czuło się w powietrzu play-offy.
A obok linii siedział Spike Lee (najwyraźniej Landry Fields kogoś jednak namówił do kupna koszulki).
Knicks nie są w tym sezonie (jeszcze?) zespołem na walkę o finał, ale seria play-off z Miami byłaby bardzo ekscytująca. Może skończyłaby się jak w 1999?
Etykiety:
Carmelo Anthony,
Chauncey Billups,
koszykówka,
Landry Fields,
LeBron James,
Miami Heat,
NBA,
New York Knicks,
Spike Lee
wtorek, 22 lutego 2011
Nowojorska niecierpliwość
Dwaj panowie z powyższego zdjęcia zagrają razem.
Carmelo Anthony po miesiącach plotek i “pewnych” informacji WRESZCIE zmienia klub. Dołączy do Amar'e Stoudemire'a, bo przenosi się do New York Knicks. Isiah Thomas uśmiecha się pod nosem.
Pamiętamy milionowe przepłacone kontrakty dla Jerome’a Jamesa, Jalena Rose’a, Stephona Marbury’ego, Steve’a Francisa. Poprzestanę tylko na tych najbardziej jaskrawych przypadkach. To wszystko jednak działo się za czasu rządów Thomasa. W 2008 roku byłego znakomitego koszykarza i średniego menadżera zastąpił Donnie Walsh. Zaczęło się sprzątanie po Thomasie i czyszczenie salary cap przed gorącym latem 2010. Knicks chcieli skusić LeBrona Jamesa.
Nie udało się, musieli zadowolić się tylko Stoudemire’em. On, a także pozyskany latem Raymond Felton, młodzi skrzydłowi Wilson Chandler i Danilo Gallinari oraz rewelacyjny debiutant Landry Fields stworzyli zespół, który zaczął sezon rewelacyjnie. Owszem, w tym sezonie nie mógł liczyć na coś więcej niż rola średniaka i maksymalnie 5-6 miejsce. Ale miał niezłe widoki na przyszłość i mógł zapolować na Anthony’ego latem.
Donnie Walsh byl jednak bardzo niecierpliwy i ma Anthony’ego już teraz. Stracił Gallinariego, Feltona i Chandlera, drugoplanowych graczy Anthony’ego Randolpha i Timofieja Mozgowa i wiecznie kontuzjowanego Eddy’ego Curry’ego. Zyskał - oprócz Melo - Sheldena Williamsa, Anthony’ego Cartera, Renaldo Balkmana, Coreya Brewera i przede wszystkim Chaunceya Billupsa. Może Walshowi chodziło o to, by młodego Feltona zastąpić właśnie doświadczonym Billupsem? Jeśli tak, to bardzo ryzykowny pomysł. Krótkoterminowo Knicks nie mają większych szans na chociażby finał Konferencji Wschodniej i Mr. Big Shot nic tu nie pomoże.
A długoterminowo? I Feltona, i Billupsa można się pozbyć po sezonie 2011/2012 chcąc robiąc podchody pod wielką gwiazdę latem 2012 roku. Do wzięcia będą Chris Paul, Deron Williams, Dwight Howard. W obecnej sytuacji też mogą tak zrobić, ale różnica jest taka, że przez najbliższe półtora roku Felton mógł wyjść na wyższy poziom i okazać się gościem godnym przedłużenia kontraktu. Billups po następnych rozgrywkach raczej nadawał się będzie do emerytury.
Poza tym wszystkim jest jeszcze jedna kwestia, niekoniecznie sportowa. Takie miasto jak Nowy Jork i tak klub jak Knicks potrzebuje wielkich gwiazd, których nie miał od czasów Patricka Ewinga. Może dlatego Walsh połakomił się na Melo już teraz bojąc się, że ten do lipca zmieni zdanie.
P.S.
W środę lub czwartek na sport.pl magazyn NBA z udziałem Maćka Kwiatkowskiego (Wirtualna Polska) i mojej skromnej osoby. Rozmawiamy m.in. o transferze Melo. [edit] Już jest tutaj.
P.S.2
Przeczytałem właśnie - na co słusznie zwrócił uwagę pan z komentarzy - że Walsh był przeciwny i nawet chciał odejść przez Weekend Gwiazd. A wszystkiemu winien właściciel James Dolan. Tak szczerze mówiąc to tych wszystkich plotek dotyczących Melo nawet nie chciało mi się czytać, tym bardziej w okolicach Meczu Gwiazd. Pojawił się transfer, zwaliłem na Walsha. Tak czy siak - transfer iście Isiahowski...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



