Ufff, jeszcze emocje pierwszych meczów play-offow są gdzieś z tyłu głowy, a już za parę godzin Philadelphia 76ers i Indiana Pacers będą musieli zrobić coś, żeby pozostać w grze. Trochę przesadzam, ale i tak będą to zdecydowanie ważniejsze i trudniejsze spotkania niż pierwsze. W sobotę (o meczach tutaj) szczególnie Pacers wydawali się całkiem równym rywalem dla swojego potentata (Chicago Bulls), a i 76ers powalczyli ze swoim (Miami Heat), ale jeśli pojadą do domu z wynikiem 0-2 to będą pod ścianą. Oczywiście mówimy cały czas o walce o awans, czyli czymś niby nierealnym, ale raz na tysiąc serii taki upset jednak się zdarza (pozdrawiam Barona Davisa i Golden State Warriors).
Co muszą zrobić Pacers, by wyrwać wygraną w Chicago? Przede wszystkim ograniczyć Derricka Rose’a i jego ciąg na kosz. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać skoro przecież Byk numer 1 momentami balansuje ciałem jak Alberto Tomba w 1993. Lepsza defensywa podkoszowa? Z obecnym składem Pacers niewiele się da tu zrobić, można ewentualnie liczyć, że Roy Hibbert będzie aktywny przez cały mecz, a nie tylko przez pierwsze 6 minut. Zmęczenie Rose’a po jego stronie boiska? Darren Collison nie ma sobie wiele do zarzucenia w tej kwestii. Można nawet powiedzieć, że wdał się w zbyt dużą wymianę ognia i rozzłościł rywala. Rose może nie rzuci tym razem 39 punktów, ale przecież nie będzie też miał drugiego dnia z 0/9 zza łuku, tym bardziej, że połowa z tych rzutów nie była pod wielką presją.
Dobrym znakiem dla Pacers był wygrany pojedynek Tylera Hansbrougha z Carlosem Boozerem (ktoś tak obstawiał), tylko czy Jankesowi (idealnie pasuje do niego to określenie) uda się utrzymać skuteczność z półdystansu na poziomie Dariusza Parzeńskiego w najlepszych latach? To także jest element ponadprzeciętny, który wystąpił po stronie gości w sobotę. Co było poniżej przeciętnej? Oprócz Hibberta na pewno Mike Dunleavy, który dwa dni temu oddał tylko trzy niecelne rzuty i po raz pierwszy od 27 lutego 2010 (zresztą wtedy też przeciwko Bulls) zakończył mecz bez punktu. Jestem przekonany, że MD Junior będzie miał w tej rywalizacji przynajmniej jeden ze swoich występów w okolicach 20 pkt i 4/6 za 3. Może dzisiaj? Jeśli jeszcze Danny Granger nie da się zdominować defensywnie Luolowi Dengowi, tak jak to było w drugiej połowie w sobotę i dodatkowo znajdzie w sobie coś z go-to-guya, to... kto wie, co się zdarzy. Ale tak szczerze mówiąc bliżej jestem opinii, że skończy się w okolicach +20 dla Bulls, Hansbrough będzie jednocyfrowy, Boozer na poziomie 20/10, a Granger ze skutecznośćią na poziomie 34% z gry.
Teraz powinno pojawić się zdanie o tym, że zdecydowanie więcej szans daję “moim” 76ers. Ale czy to prawda? Szczerze mówiąc od początku byłem zdania, że Szóstki mimo chęci i bycia “w grze” przez 45 minut w meczu, niewielu z Heat ugrają. W sobotę miały swoją szansę niespodziewanie schodząc na -1 w końcówce, lecz wtedy obudził się Dwyane Wade. I on, i LeBron James raczej nie utrzymają tak kiepskiej skuteczności w całej serii. Bardziej liczę na to, że na tym poziomie pozostanie LBJ, bo Andre Iguodala grał na nim całkiem niezłą defensywę. Szkoda tylko, że nie angażował go równie mocno po drugiej stronie boiska (2/7 z gry). Tym razem musi być zdecydowanie agresywniejszy i wziąć na siebie część ciężaru gry. Mimo wszystko najwięcej (aż 20) rzutów oddanych przez nawet nieźle dysponowanego rezerwowego Thaddeusa Younga to lekka przesada.
Co jeszcze musi się zmienić? Elton Brand, a raczej... Chris Bosh, który zagrał na miarę średnich statystycznych z Toronto Raptors, a nie Miami. Wiem, że 76ers grali dużo niskim składem z Brandem na centrze (i niestety nie namówili Heat na podobną rezygnację ze środkowego) i częściowo Bosh nie miał po prostu rywala na PF. Ale było też sporo akcji, w których Brand wyglądał jak mały wiatraczek-zabawka, którym Bosh bawił się jak przedszkolak. Jeśli neutralizujesz Wade’a i Jamesa, a niszczy cię trzeci gość z Wielkiej Trójki to jest to wyjątkowo bolesne. Niech już Szóstki zrobią wszystko, by mogły powiedzieć "załatwił nas jeden z pięciu najlepszych graczy świata".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indiana Pacers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indiana Pacers. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
środa, 6 kwietnia 2011
Kto kogo (do)goni na Wschodzie NBA?
Kilka godzin temu było o Konferencji Zachodniej tydzień przed końcem rundy zasadniczej NBA. Teraz czas na Konferencję Wschodniej. Tutaj sytuacja jest równie ciekawa.
Pierwsze miejsce dla Chicago Bulls (57-20) jest niemal pewne. Byki grają jeszcze u siebie z Bostonem (54-23), a także z Cleveland, Orlando, New York (w) i New Jersey (d). Boston ma oprócz Chicago także Washington (d i w), Miami (w) i New York (d). Miami Heat (także 54-23) mają oprócz Bostonu Milwaukee, Charlotte (d), Atlantę i Toronto (w). W najgorszej sytuacji w walce o pierwsze miejsce są Heat, którzy co prawda mają najłatwiejszych rywali (poza meczem z Celtics), ale za to gorszy bilans bezpośretnich spotkań i z Bostonem, i z Chicago. By wygrać Konferencję Wschodnią musieliby zwyciężyć wszystkie mecze do końca i liczyć na cztery porażki Byków. Teoretycznie to wykonalne, bo nawet w Cleveland da się przegrać, ale praktycznie? Nie bardzo. Dlatego pierwszą pozycję zajmą Bulls albo Celtics. Co muszą zrobić Celtowie? Na pewno wygrać wszystkie mecze, w tym w Chicago, a poza potrzebują wpadek Byków w Orlando i Nowym Jorku (lub wspomnianym Cleveland). Nie wierzę, by Derrick Rose i spółka mogli w ostatniej chwili zmarnować wcześniejszą przewagę. Zresztą - obstawiam, że po prostu wygrają u siebie z Celtics i będzie po sprawie. Potem mogą sobie pozwolić na wpadkę np. w Nowym Jorku. Mój werdykt: 1. Chicago (61-21).
Co z Miami i Bostonem? Heat muszą wygrać jeden mecz więcej niż rywale. Najprościej będzie to zrobić pokonując ich u siebie. Wtedy wszystko będzie zależało od nich - wystarczy nie przegrać w Atlancie (bo pozostałe mecze to bułka z masłem). Heat mogą nawet pozwolić sobie na porażkę z Celtics, jeśli ci wcześniej przegrają w Chicago i np. w Waszyngtonie lub u siebie z Knicks. Czemu nie? Skoro w TD Garden niedawno wygrali Bobcats... Mój werdykt. 2. Miami (59-23), 3. Boston (57-25). Celtics przegrają dwa mecze z głównymi rywalami. Reszta nie będzie miała znaczenia. Od razu dodam: 4. Magic. Tutaj nic się nie zmieni
Atlanta Hawks (44-34) są o krok od zapewnienia sobie piątej pozycji, ale może się okazać, że tego kroku im zabraknie. Do końca rundy zasadniczej czekają ich następujące mecze: Indiana, Washington (w), Miami (d), Charlotte (w). Jeśli przegrają wszystkie mecze, to będą mogli zostać doścignięci przez Philadelphia 76ers (40-38) lub New York Knicks (39-38). Warunek? Jedna z tych ekip musi rozegrać końcówkę rundy "na czysto". Plan 76ers: New York, Toronto, Orlando, Detroit (wszystko u siebie). Plan Knicks: Philadelphia, New Jersey, Indiana (w), Chicago (d), Boston (w). Zdecydowanie bardziej prawdopodobny jest komplet zwycięstw 76ers. Pytanie tylko czy Szóstki będą chciały pchać się na piąte miejsce, grać z Magic i być "zmiażdżonym" przez Dwighta Howarda? Może to szaleństwo, ale prędzej spodziewałbym się "upsetu" z ich strony w konfrontacji z Celtics... Mój werdykt: 5. Hawks (45-37). Wygrają jeden z pierwszych dwóch meczów wyjazdowych i potem będzie im "wszystko jedno".
"Gonitwa" 76ers i Knicks tylko teoretycznie będzie zależna od ich bezpośredniego meczu. Philly może go nawet przegrać, a komplet zwycięstw w pozostałych meczach powinien dać jej 6. miejsce, jeśli Knicks przegrają dwa razy. A łatwo nie mają. Mogą nawet spaść na ósmą pozycję. Indiana Pacers (35-43) musieliby wygrać wszystkie mecze, a Knicks przegrać. To scenariusz ekstremalny, ale jakieś 0,5% szans można mu dać. Pacers raczej powinni oglądać się za plecy. Ich plan: Washington (d), Atlanta (d), New York (d), Orlando (w). Plan Charlotte (32-45): Orlando (d), Miami (w), Detroit (d), New Jersey (w), Atlanta (d). Plan Milwaukee (31-46): Miami (w), Detroit (w), Cleveland (d), Toronto (d), Oklahoma (w). Właściwie tych ostatnich możemy z rozważań wyłączyć, bo wygrane z Heat i Thunder to dla nich fantasmagorie. Bez obydwu ósme miejsce jest niemożliwe. A Charlotte? Jeśli porażkę w Miami wliczymy "w koszta", to bilans 4-1 daje im nadzieję. Indiana musi jednak przegrać trzy razy. Tyle, że ma trzy mecze u siebie i wyjazd do grających od dłuższego o nic Magic. Mój werdykt. 6. 76ers (44-38), 7. Knicks (41-41), 8. Pacers (39-43), 9. Bobcats (34-48). Szóstki wygrają wszystkie mecze, a Knicks przegrają w Bostonie i Indianie. Ale za to ograją pewnych pierwszego miejsca Bulls. Pacers wygrają wszystkie mecze, nawet w Orlando. Bobcats przegrają dwa pierwsze mecze i potem się "rozkleją". Ale na koniec w meczu rezerw jeszcze pokonają Hawks.
Pierwsze miejsce dla Chicago Bulls (57-20) jest niemal pewne. Byki grają jeszcze u siebie z Bostonem (54-23), a także z Cleveland, Orlando, New York (w) i New Jersey (d). Boston ma oprócz Chicago także Washington (d i w), Miami (w) i New York (d). Miami Heat (także 54-23) mają oprócz Bostonu Milwaukee, Charlotte (d), Atlantę i Toronto (w). W najgorszej sytuacji w walce o pierwsze miejsce są Heat, którzy co prawda mają najłatwiejszych rywali (poza meczem z Celtics), ale za to gorszy bilans bezpośretnich spotkań i z Bostonem, i z Chicago. By wygrać Konferencję Wschodnią musieliby zwyciężyć wszystkie mecze do końca i liczyć na cztery porażki Byków. Teoretycznie to wykonalne, bo nawet w Cleveland da się przegrać, ale praktycznie? Nie bardzo. Dlatego pierwszą pozycję zajmą Bulls albo Celtics. Co muszą zrobić Celtowie? Na pewno wygrać wszystkie mecze, w tym w Chicago, a poza potrzebują wpadek Byków w Orlando i Nowym Jorku (lub wspomnianym Cleveland). Nie wierzę, by Derrick Rose i spółka mogli w ostatniej chwili zmarnować wcześniejszą przewagę. Zresztą - obstawiam, że po prostu wygrają u siebie z Celtics i będzie po sprawie. Potem mogą sobie pozwolić na wpadkę np. w Nowym Jorku. Mój werdykt: 1. Chicago (61-21).
Co z Miami i Bostonem? Heat muszą wygrać jeden mecz więcej niż rywale. Najprościej będzie to zrobić pokonując ich u siebie. Wtedy wszystko będzie zależało od nich - wystarczy nie przegrać w Atlancie (bo pozostałe mecze to bułka z masłem). Heat mogą nawet pozwolić sobie na porażkę z Celtics, jeśli ci wcześniej przegrają w Chicago i np. w Waszyngtonie lub u siebie z Knicks. Czemu nie? Skoro w TD Garden niedawno wygrali Bobcats... Mój werdykt. 2. Miami (59-23), 3. Boston (57-25). Celtics przegrają dwa mecze z głównymi rywalami. Reszta nie będzie miała znaczenia. Od razu dodam: 4. Magic. Tutaj nic się nie zmieni
Atlanta Hawks (44-34) są o krok od zapewnienia sobie piątej pozycji, ale może się okazać, że tego kroku im zabraknie. Do końca rundy zasadniczej czekają ich następujące mecze: Indiana, Washington (w), Miami (d), Charlotte (w). Jeśli przegrają wszystkie mecze, to będą mogli zostać doścignięci przez Philadelphia 76ers (40-38) lub New York Knicks (39-38). Warunek? Jedna z tych ekip musi rozegrać końcówkę rundy "na czysto". Plan 76ers: New York, Toronto, Orlando, Detroit (wszystko u siebie). Plan Knicks: Philadelphia, New Jersey, Indiana (w), Chicago (d), Boston (w). Zdecydowanie bardziej prawdopodobny jest komplet zwycięstw 76ers. Pytanie tylko czy Szóstki będą chciały pchać się na piąte miejsce, grać z Magic i być "zmiażdżonym" przez Dwighta Howarda? Może to szaleństwo, ale prędzej spodziewałbym się "upsetu" z ich strony w konfrontacji z Celtics... Mój werdykt: 5. Hawks (45-37). Wygrają jeden z pierwszych dwóch meczów wyjazdowych i potem będzie im "wszystko jedno".
"Gonitwa" 76ers i Knicks tylko teoretycznie będzie zależna od ich bezpośredniego meczu. Philly może go nawet przegrać, a komplet zwycięstw w pozostałych meczach powinien dać jej 6. miejsce, jeśli Knicks przegrają dwa razy. A łatwo nie mają. Mogą nawet spaść na ósmą pozycję. Indiana Pacers (35-43) musieliby wygrać wszystkie mecze, a Knicks przegrać. To scenariusz ekstremalny, ale jakieś 0,5% szans można mu dać. Pacers raczej powinni oglądać się za plecy. Ich plan: Washington (d), Atlanta (d), New York (d), Orlando (w). Plan Charlotte (32-45): Orlando (d), Miami (w), Detroit (d), New Jersey (w), Atlanta (d). Plan Milwaukee (31-46): Miami (w), Detroit (w), Cleveland (d), Toronto (d), Oklahoma (w). Właściwie tych ostatnich możemy z rozważań wyłączyć, bo wygrane z Heat i Thunder to dla nich fantasmagorie. Bez obydwu ósme miejsce jest niemożliwe. A Charlotte? Jeśli porażkę w Miami wliczymy "w koszta", to bilans 4-1 daje im nadzieję. Indiana musi jednak przegrać trzy razy. Tyle, że ma trzy mecze u siebie i wyjazd do grających od dłuższego o nic Magic. Mój werdykt. 6. 76ers (44-38), 7. Knicks (41-41), 8. Pacers (39-43), 9. Bobcats (34-48). Szóstki wygrają wszystkie mecze, a Knicks przegrają w Bostonie i Indianie. Ale za to ograją pewnych pierwszego miejsca Bulls. Pacers wygrają wszystkie mecze, nawet w Orlando. Bobcats przegrają dwa pierwsze mecze i potem się "rozkleją". Ale na koniec w meczu rezerw jeszcze pokonają Hawks.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

